„Bracia Lumière” – recenzja filmu Thierry’ego Frémauxa Filmy

Louis i Auguste Lumière wraz ze swoimi operatorami zarejestrowali 1422 filmy, które stały się początkiem istnienia najmłodszej z Muz. Wydawać by się mogło, że nieme, czarno-białe, 50-sekundowe nagrania sprzed ponad wieku nie będą w stanie zaskoczyć współczesnego widza, który uważa, że na ekranie zobaczył już wszystko. A jednak seans Bracia Lumière to fascynująca podróż do źródeł światowej kinematografii, pełna różnorodności, nieprzewidzianych zwrotów i żywych obrazów, które na przemian wzruszają, bawią i zachwycają.

Thierry Frémaux, dyrektor Instytutu Lumière w Lyonie oraz dyrektor festiwalu filmowego w Cannes, spokojnym głosem dochodzącym zza kadrów wprowadza nas w świat pierwszych ujęć wykonanych za pomocą kinematografu. Jego na wpół biograficzna, na wpół poetycka narracja pomaga poznać okoliczności powstania filmów, a jednocześnie nadaje im wyjątkowego charakteru. Uosabia je niejako, czyniąc z nich główny temat wypowiedzi. Ale nie tylko.

Za pomocą wybranych 114 ujęć opowiada również o świecie, w jakim filmy te powstawały. Dzieląc swoją wypowiedź na rozdziały, mówi o pierwszych zarejestrowanych ujęciach ukazujących wyjście robotników z fabryki (film ten uznawany jest za początek kinematografii), zjazd fotografów (uradowanych spotkaniem i nieświadomych, że ich dziedzina staje się nieuchronnie zagrożona), przekomiczne śniadanie dziecka czy humoreskę przedstawiającą ogrodnika, który zostaje oblany wodą tryskającą z węża (Polewacz polany). Oglądamy również sławny wjazd pociągu na peron dworcowy czy zwalenie muru, które zawiera w sobie chyba pierwszy trik techniczny na świecie w postaci cofnięcia taśmy i puszczenia jej od końca. Już podczas obserwowania tych ujęć widzimy, że narrator komentując kolejne historie, przykłada dużą wagę do tego, by podkreślić artyzm poszczególnych nagrań. Dostrzega go w kompozycji kadru, w kontraście między czernią a bielą czy w dbałości o każdy ruch postaci.

Od samego początku bracia Lumière eksperymentowali nie tylko w zakresie organizowania kadrów, ale próbowali również uczynić kamerę bardziej dynamiczną. W tym celu zaczęli kręcić krajobrazy miasta – na początek Lyonu – z perspektywy ruchomych obiektów, takich jak pociąg czy tramwaj konny. Oglądamy więc Lyon – jego ulice, mieszkańców, budynki – i cofamy się o 100 lat, by podziwiać nie tylko pracę operatora, ale i piękno ówczesnej Francji. W ten sposób w kinie Louisa i Auguste’a narodził się motyw miasta.

Innym motywem, chętnie wykorzystywanym przez Lumière’ów, był motyw dziecka. I tak obserwujemy dziewczynkę bawiącą się z kotem, naukę chodzenia (zawierającą element suspensu), taniec dzieci porównywany do obrazów Renoire’a czy zabawne karmienie dziewczynki przez chłopca, który stara się zdążyć z wykonaniem swojego zadania przed upływem 50 sekund. Najbardziej ujął mnie jednak film pokazujący paradę wózków w żłobku – i dziecko idące – ku rozpaczy opiekunek – w przeciwnym kierunku.

Kolejne motywy pojawiające się w twórczości Francuzów to praca, zabawa i życie codzienne mieszkańców Francji. Filmy te stają się jakby kroniką tamtych lat, rejestrującą w oku kamery zwyczajne zajęcia i przyjemności, jakim oddawali się mieszkańcy miast. To niema, czarno-biała, ruchoma pocztówka, która zachwyca dużo bardziej niż kolorowy film podróżniczy.

Bracia Lumière nie poprzestali jednak na zapisywaniu swoim sprzętem Lyonu, Paryża i innych miast Francji. Poszli dalej, wysyłając swoich operatorów w najodleglejsze zakątki świata. I tak wśród ujęć z początku XX wieku znajdziemy filmy nakręcone w Anglii, Niemczech, Irlandii, Turcji, Egipcie, Moskwie, Baku, na Broadwayu, w Meksyku czy w Indochinach i Japonii. W każdym z tych miejsc aparat zadziwiał przechodniów, którzy albo uciekali z kadru, albo przeciwnie – wpatrywali się w odsłonięty obiektyw i z zaciekawieniem obserwowali, co się w nim kryje.

Co ciekawe, od samego początku bracia Lumière panowali nad każdym szczegółem, jaki zamierzali pokazać widzom. Pozornie improwizowane ujęcia były w większości inscenizowane. Zdradzają to zarówno doskonałe ustawienia kamery i kompozycje kadrów, jak i zachowanie aktorów-amatorów, którzy niekiedy zbyt mocno starali się „zagrać” naturalność, co dało zupełnie odwrotny efekt. Obserwując zatem początki sztuki operatorskiej, widzimy jednocześnie pierwsze kroki w zawodzie reżysera i aktora.

Ostatnie ujęcia zaprezentowane w filmie Thierry’ego Frémauxa to już dojrzałe sceny, które łatwo można by pomylić z ambitnym kinem współczesnym. Wodowanie statku we włoskim porcie, łódź miotana przez fale czy portret palaczy opium to głęboko przemyślane i misternie zaprojektowane ujęcia, których wartość artystyczna nie budzi żadnych wątpliwości.

I jeśli miałabym jakąkolwiek uwagę odnośnie tego obrazu, to dotyczyłaby ona muzyki, której jest tu zdecydowanie za dużo. Tym bardziej jest to zauważalne, że Louis i Auguste tworzyli kino nieme. To nie dźwięk miał budować emocje, a obraz. Szkoda, że twórcy dokumentu o tym zapomnieli, zamieszczając zbyt wyrazistą, monumentalną i niedopasowaną do kolejnych ujęć kompozycję.

Narrator konsekwentnie pomija kwestię ostatecznego rozstrzygnięcia, kto tak naprawdę powinien nosić miano twórcy kina. Krótka wzmianka o Tomaszu Edisonie nie zmienia wymowy filmu Frémauxa. To bracia Lumière są ojcami światowej kinematografii i nie zamierzają dzielić się tym tytułem z nikim innym. Pozostając wierna koncepcji reżysera, również pominę ten temat bez głębszej analizy. Najistotniejsze jest bowiem to, że seans, a właściwie 114 seansów, na jakie zaprosił nas Frémaux, to niepowtarzalna okazja, by na 90 minut przenieść się do świata, w którym kino dopiero się rodziło, a projekcje odbywały się w małych pokoikach z udziałem zaledwie kilkunastu osób. Film Bracia Lumière to wehikuł czasu, dzięki któremu poznajemy kino w najczystszej, niczym nie skażonej postaci.

Ocena filmu: 9/10

_____________________________________

Instagram: @klubfilmowy
Twitter: @klubfilmowy
Pinterest: Klub Filmowy Obraz i Dźwięk
_____________________________________

Dodaj komentarz