FILMY

Co z tym „Frankiem”?

Film irlandzkiego reżysera Leonarda Abrahamsona wprawił mnie w zakłopotanie. Nie wzbudził we mnie wielkiego entuzjazmu z powodu fabuły, nie zachwycił ani zdjęciami, ani muzyką. Nie odebrał tchu, nie sprawił, że na lewo i prawo krzyczę: „Rewelacja! Genialny! Wspaniały!” Wszystkie zewnętrzne oznaki aprobaty dla filmu utknęły gdzieś wewnątrz. I tkwią tam w środku, dręcząc mnie i nie dając o sobie zapomnieć. Bo Frank to film, który trochę śmieszy, trochę smuci, ale przede wszystkim wzrusza do głębi. I jest wyjątkowy.

Aby mówić o Franku, trzeba użyć kilku słów-kluczy: muzyka, tworzenie, idealizm, samotność, niespełnienie, miłość, śmierć. Wszystko zaś zamyka się w sławnej już GŁOWIE. Dlaczego Frank ją nosi? Czyja twarz kryje się pod tą maską (i nie mam na myśli twarzy Michaela Fassbendera)? Czy bohater zdejmuje ją w końcu? Nie powiem. Sami sprawdźcie.

Powiem jednak o czymś innym.

Frank jest genialnym muzykiem. Potrafi skomponować piosenkę na poczekaniu, inspirując się drobnym i nieważnym szczegółem rzeczywistości, która go otacza. Niech to będzie kłaczek w kocu, skarpetka, tapeta w barze – każdy przedmiot może być dla niego bodźcem uruchamiającym proces twórczy. Stosując potok słów – pozornie niepasujących do siebie (jak u poetów awangardowych czy futurystów) – artysta odkrywa nowe sensy i znaczenia. Wszystko jest sztuką – można by powiedzieć. I za młodopolskimi poetami trzeba dodać – sztuka jest wszystkim, niech żyje sztuka! Evviva l’arte! Bo w niej nasi bohaterowie – nie tylko Frank – odnajdują siebie. Nic innego się nie liczy. Nic innego nie ma wartości. Zatracenie się w sztuce pozwala członkom zespołu trwać ze sobą, pozwala im oddychać, a więc i żyć. I choć nagrywanie albumu w domku letniskowym z dala od cywilizacji okupione jest ogromnym wysiłkiem, to finał daje im satysfakcję (z jednym małym wyjątkiem, którego nie zdradzę). Muzyka, jaką komponuje zespół, jest dziwna – czy mówiąc inaczej: jest alternatywna, offowa. I to bardzo. Nie wszyscy kupiliby płytę zespołu Soronprfbs. Ale widząc poświęcenie, z jakim artyści angażują się w nagrywanie albumu, i znając ich ideę (dążenie do idealnego brzmienia), trzeba przyznać, że utwory mają w sobie to „coś”, co nadaje im znamiona „wielkiej Sztuki”. A ta zawsze była odrzucana przez ułomny świat. Frank może być zatem odczytywany jako traktat o Sztuce i Artyście. I o trudach i radościach tworzenia.

Frank jest też filmem o samotności i niespełnieniu, które mogą prowadzić do śmierci. Ten wątek – z jednej strony filozoficzny, z drugiej bardzo namacalny – rozwinięty jest szczególnie w postaci Jona (Domhnall Gleeson) oraz Dona (Scoot McNairy). Wysoka ambicja, która zderza się z brakiem talentu powoduje, że bohaterowie są sfrustrowani, niezadowoleni z życia, nieszczęśliwi. Potrafią stworzyć dzieło wielkie, ale tylko wtedy, gdy spłynie na nie geniusz – tu w postaci pomysłów Franka. Widzimy analogię w losach obu klawiszowców, a zaczyna się ona już w samym podobieństwie imion. Czy Jona czeka to samo, co spotkało Dona? Nie wiemy.

W końcu powiedzmy o miłości, do której sprowadza się wszystko w życiu. W filmie Abrahamsona również. Mamy tu miłość do muzyki, miłość do mężczyzny, miłość do przyjaciół. I to nie trywialną, wylewną czy sentymentalną. Ta miłość jest trudna, burzliwa, niewyrażona. I pozostaje taka aż do finału. Ostatnia scena, będąca puentą całej historii, sprowadza się do wyznania uczucia w piosence, która powstaje na naszych oczach. Od słów „I love your wall” poprzez dziwne zestawienie słów muzyk przechodzi do stwierdzenia: „I love you all”. Tak jakby ze skrawków otoczenia budował swoją własną rzeczywistość i ostatecznie formułował jej sens w muzyce. I to jest esencja filmu. I najbardziej wzruszający moment: odsłonięcie utajonej prawdy przez samotnego i nieszczęśliwego geniusza przed innymi samotnymi i nieszczęśliwymi ludźmi, podobnymi do niego, choć pozbawionymi boskiej iskry tworzenia. Fassbender w tej scenie wdziera się do naszych serc i sprawia, że czujemy całe cierpienie bohatera. Wszystko, co nas w jego historii do tej pory śmieszyło, staje się śmiertelnie poważne. Nawet ta wielka, papierowa głowa.

Zapyta ktoś: jak można sprawić, że rozpoznajemy emocje bohatera, który ma zakrytą twarz? Skąd wiemy, kiedy Frank się uśmiecha, a kiedy jest zmartwiony? Ciekawie wyjaśnia to reżyser w wywiadzie z Katarzyną Borowiecką dla Radiowej Trójki: to wyobraźnia widza tworzy emocjonalny obraz bohatera. Widząc stale uśmiechniętą twarz i znając naturę człowieka, jesteśmy w stanie sami dopowiedzieć sobie, co czuje Frank. Nagle, obserwując jego postawę, gesty dłoni, ułożenie ramion i słuchając jego głosu, w określonej sytuacji zaczynamy dostrzegać, że namalowany uśmiech (którym wypełniony jest cały kadr) zmienia się, staje się mniej pogodny; twarz zyskuje wyraz smutku, zniechęcenia, apatii, a innym razem promienieje radością. I to jest w filmie Abrahamsona  magiczne.

Dobry film rozpoznać można po tym, że długo po seansie myślimy o bohaterach, rozważamy poszczególne sensy scen i wciąż odnajdujemy nowe znaczenia. Tak też jest z Frankiem. Nie dziwię się, że świat kocha geniusza z wielką papierową głową. Bo jest to człowiek, którego chciałoby się znać i móc z nim przebywać. Bo choć postrzega świat inaczej, niewiele różni się od nas samych.

No i jeszcze ten fascynujący instrument – theremin. I świetna Maggie Gyllenhaal.

Tak, to jest film wyjątkowy.

Ocena: 8/10

_____________________________________

Facebook: Klub Filmowy Obraz i Dźwięk

Twitter: @klubfilmowy

_____________________________________

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.