„Ghostbusters” w sam raz na lato Filmy

Ghostbusters_plakatPozwólcie, że najpierw wyjaśnię, z jakiej występuję pozycji. Otóż film Pogromcy duchów z roku 1984 nie był filmem mojej młodości. Nie ukształtował mojej wyobraźni ani osobowości. W roku jego premiery uczyłam się wierszyka „Mam tsy latka, tsy i pół…” i sięgałam głową ponad stół. Jedyny duch, którego wtedy znałam, siedział właśnie pod tym stołem, w przechodnim pokoju, w mieszkaniu, które już dziś zresztą nie istnieje. (Duch musiał zmienić adres.) Gdy już zyskałam większą świadomość jako widz i obejrzałam Pogromców duchów (będąc nadal dzieckiem), śmiałam się z niektórych żartów, trochę się bałam, ale wciąż nie miałam ochoty wracać do przygód naukowców, którzy toczyli batalię ze stworami z ektoplazmy. Dopiero wiele lat później, gdy ponownie spotkałam się z oryginalną wersją filmu… a nie, wtedy też wcale mnie ta historia nie wciągnęła… I tak pozostaje do dzisiaj. Nie wiem, w czym tkwi przyczyna mojej absolutnej obojętności na film, który dla wielu osób jest kultowym dziełem lat osiemdziesiątych. I nie zamierzam się doszukiwać powodów takiej sytuacji. Ghostbusters A.D 1984 nie jest dla mnie świętością, dlatego pomysł nakręcenia filmu od nowa nie wydał mi się zbrodnią. Ta informacja jest o tyle istotna, że dla osób mających odmienną opinię o oryginale moja recenzja będzie nie do przyjęcia. Szanuję ich zdanie i zwalniam z dalszej lektury.

Tym, którzy nadal czytają ten artykuł, powiem, że idąc do kina na najnowszą wersję Pogromców duchów w reżyserii Paula Feiga, będą się dobrze bawić. Film spełnia bowiem wszelkie warunki wakacyjnej, wysokobudżetowej komedii, przeznaczonej dla szerokiej grupy odbiorców, liczących na dobrą rozrywkę.

Historia jest prosta i znana. Cztery kobiety, z których trzy mają solidne wykształcenie w kierunkach ścisłych, badają zjawiska paranormalne, coraz częściej pojawiające się w przestrzeni Nowego Jorku. Oczywiście nikt na początku nie wierzy w ich teorie. (A nawet jeśli władze w nie wierzą, to oficjalnie tego nie przyznają.) Gdy jednak ich przypuszczenia okazują się uzasadnione, dziewczyny stają się jedyną nadzieją dla miasta opanowanego przez groźne duchy, którym przewodzi zakompleksiony i żądny zemsty mieszkaniec metropolii. Znamy to nie tylko z oryginalnego filmu Ivana Reitmana, ale i z wielu innych historii opartych na podobnym schemacie. Ta przewidywalność i wtórność scenariusza wcale mnie jednak nie razi. Nie liczyłam bowiem na skomplikowaną fabułę, a na dobrą zabawę – a tę scenariusz zapewnia na kilku poziomach – od aktorskich kreacji, przez dialogi i komizm sytuacyjny, po wartką akcję.

Zastąpienie męskiego kwartetu czterema pozornie niepasującymi do siebie kobietami (Melissa McCarthy, Kristen Wiig, Kate McKinnon i Leslie Jones) było dobrym pomysłem. Dziewczyny różni wszystko, ale jako zespół potrafią one rozbawić i zyskać sympatię widza. Ich powodzenie opiera się przede wszystkim na kontrastach zachodzących między nimi na wielu płaszczyznach – dotyczy to wyglądu, charakteru, nawyków i doświadczenia. Wprowadzenie postaci mało rozgarniętego recepcjonisty Kevina i obsadzenie w tej roli doskonale zbudowanego, uroczego i znanego z roli boskiego Thora – Chrisa Hemswortha – było zaś pomysłem genialnym. Konfrontacja wizerunku umięśnionego herosa z osobą, która nosi okulary bez szkieł, aby nie trzeba ich było czyścić, była dobrym zabiegiem, zapewniającym serię gagów z udziałem Hemswortha. Dystans do własnej osoby, obejmujący również komentarze dotyczące jego wyglądu i stylu życia, był dodatkowym źródłem humoru, który śmieszył nie tylko mnie, ale i zdecydowaną większość obecnych w kinie widzów.

Nie obyło się w obrazie Feiga bez odwołań do filmu sprzed 32 lat. Prawie cała główna ekipa aktorska z Pogromców duchów z 1984 roku wystąpiła w najnowszej części. Sigourney Weaver, Bill Murray, Dan Aykroyd czy Ernie Hudson pojawiają się tu w zupełnie innych, epizodycznych rolach, niekiedy sprzecznych z charakterem postaci granych w oryginale (Murray). Harold Ramis, który zmarł w 2014 roku, nie zdążył włączyć się w produkcję, zaś Rick Moranis nie był zainteresowany powrotem do tej historii. W ramach nawiązań mamy znane logo z duszkiem w przekreślonym czerwonym okręgu czy budynek zajmowany przez dawnych pogromców. Niektórzy patrzą na te odwołania z sentymentem, niektórzy oburzają się na to, twierdząc, że nowy film nie jest godzien tak szlachetnych aluzji. Ja traktuję to jako dowcipną grę z widzem, niemającą większych ambicji, ale jednocześnie funkcjonującą bez zamiaru obrażenia czy wyśmiania kogo- i czegokolwiek.

Niezłe efekty specjalne (choć wersja 3D sprawdza się tylko w jednej scenie na początku filmu) i świetna muzyka Theodore’a Shapiro (z klasycznymi motywami i piosenką Raya Parkera Jr.) wraz z wyżej wspomnianymi elementami obrazu, tworzą typową materię letniego hitu, od którego oczekuje się dynamicznej akcji, dowcipnych dialogów i relaksu. I niczego więcej. Jeśli zatem chcecie zaznać subtelnych doznań estetycznych lub wraz z bohaterami rozważać sens bytu, nie wybierajcie się na Ghostbusters. Jeśli zaś zależy Wam na dwóch godzinach niezobowiązującej zabawy i dobrym nastroju po seansie, idźcie do kina bez obaw. Nie zawiedziecie się.

I jeszcze mała rada – nie wychodźcie z kina przed końcem napisów!

Ocena: 7/10

_____________________________________

Instagram: @klubfilmowy
Twitter: @klubfilmowy
Pinterest: Klub Filmowy Obraz i Dźwięk
_____________________________________

 

 

Dodaj komentarz