FILMY,  NETFLIX

„Gra tajemnic” – o człowieku uwikłanym w historię

Benedict_Cumberbatch_-_character_poster_-_the_imitation_game_-_good_housekeepingNajpierw były zapowiedzi, które zaostrzyły apetyt. Później recenzje zagranicznych krytyków i widzów – pełne podziwu dla talentu aktorskiego i reżyserskiego. Następnie pokaz przedpremierowy na festiwalu Camerimage. W końcu oczekiwanie na polską premierę. I seans Gry tajemnic, na który szłam z przyśpieszonym biciem serca. Po wyjściu z kina pozostała jednak tylko jedna myśl: „to nie tak miało być”.

Moja pierwsza, powściągliwa reakcja, wynikała z niezgodności oczekiwań z faktycznym stanem rzeczy. Po przeczytaniu kilku zagranicznych recenzji i kilkudziesięciu opinii, skrupulatnie przesyłanych na Twitterze przez profil filmu, które wychwalały pod niebiosa dzieło Mortena Tylduma, w mojej wyobraźni film o Alanie Turingu był już arcydziełem, a Benedict Cumberbatch laureatem Oscara.

Problem tkwi w tym, że Gra tajemnic jest filmem bardzo dobrym pod każdym względem, jednak swoim poziomem nie wybija się ponad poziom podobnych świetnych produkcji o genialnych naukowcach. Mam tu na myśli choćby Piękny umysł czy Teorię wszystkiego. Każdy element dzieła Tylduma zasługuje na uznanie: począwszy od przejmującej roli Cumberbatcha, przez wyraziste kreacje postaci drugoplanowych, dobre dialogi, plastyczne zdjęcia, najwspanialszą muzykę minionego roku po złożoną narrację. Wszystko jest tu poprawne, spójne, spięte w piękną klamrę, choć nieco przesycone treścią. Myśląc jednak o filmie wybitnym, oczekujemy czegoś, co wzruszy nas do głębi, pokaże znany problem z nowej perspektywy, zaskoczy sposobem ujęcia albo sprawi, że po seansie na długo zostaną nam przed oczami obrazy, twarze, sceny. Tu zaś tak się nie dzieje.

Jedną z przyczyn może być fakt, iż reżyser postanowił opowiedzieć o wielu rzeczach jednocześnie. Tak samo interesowała go wojna, proces łamania szyfru Enigmy, osobowość głównego bohatera i problem obyczajowy. Można było odnieść wrażenie, że autor nie chce zrezygnować z żadnej z wymienionych kwestii. Efektem tego jest pytanie: o kim jest film? Wiadomo, że o Alanie Turingu – ale o którym z nich? Czy patrzymy na Turinga-naukowca, czy na Turinga-patriotę, czy na Turinga-dziwaka, czy w końcu na Turinga-homoseksualistę? Wątki te przeplatają się niby płynnie, jednak zwodzą nas i nie pozwalają skupić się na jednym temacie. I nie potrafię zaakceptować wytłumaczenia, że taka mnogość ośrodków treści świadczy o wielowymiarowości postaci. Czegoś jest tu za wiele.

Film Tylduma trzyma w napięciu. Szczególną rolę w budowaniu nastroju ma muzyka Alexandre’a Desplata. Historia – do pewnego momentu opowiadana przez narratora, którym jest Turing – złożona jest w taki sposób, aby stopniowo wprowadzać kolejne wątki, mające na celu rozwijać naszą perspektywę patrzenia na postać. Retrospekcje służą przywołaniu wydarzeń z dzieciństwa Turinga. Widzimy, jak między nim a kolegą rodzi się wzajemna fascynacja, ostatecznie niespełniona. Do opowieści wplatane są autentyczne zdjęcia z okresu drugiej wojny światowej. Nadają one filmowi charakter dokumentalny. Równolegle do wydarzeń toczących się na polach walki i w zaciszu pracowni rozwija się wątek śledztwa prowadzonego przez detektywa, który podejrzewa Turinga o szpiegostwo, a później znajduje dowody na sprzeczne z ówczesnym prawem zachowania homoseksualne. Dochodzi do tego problem relacji między bohaterem a współpracownikami i Jane. Wszystko toczy się jednocześnie. Podczas oglądania filmu ta wielowątkowość nie przeszkadza. Później jednak, gdy zaczynamy myśleć o wątku głównym, gubimy się. I to jest chyba największy grzech Gry tajemnic.

Nie chcę rozwijać kwestii poprawności historycznej, która w okolicach polskiej premiery filmu szczególnie zajmowała uwagę dziennikarzy. Nie mam wystarczającej wiedzy, by jednoznacznie oskarżyć twórców dzieła o zakłamywanie historii. Wszak wątek udziału Polaków w rozszyfrowaniu kodu Enigmy pojawia się tu kilkakrotnie. Z oczywistych względów w filmie na plan pierwszy wysuwa się postać Brytyjczyka. Mamy w końcu do czynienia z opowieścią o losach Alana Turinga, a nie z dokumentem rozstrzygającym spory historyków. Poza tym nie raz już zdarzyło się, że na rzecz dzieła artystycznego pewne fakty były w kinie zmieniane, pomijane lub przesadnie uwypuklane. Ileż to razy biografia znanej postaci zawierała wątki, które nigdy w rzeczywistości się nie pojawiły? Cóż, takie prawo twórcy…

Chcę jeszcze raz podkreślić, że Grę tajemnic warto obejrzeć. To świetne kino, trzymające w napięciu; czasem zabawne, czasem wzruszające. Fabuła filmu Mortena Tylduma mogła zostać oparta na sensacji, kontrowersjach, na szpiegowskich grach lub patetycznych hasłach. Na szczęście reżyser zrezygnował z tych rozwiązań i stworzył intymny portret genialnego człowieka uwikłanego w historię i w osobiste dramaty. A że autora poniosła wyobraźnia i w jednej opowieści chciał zawrzeć wiele treści, to już kwestia umiejętności rezygnacji z nadmiaru materiału, której reżyserowi chyba jeszcze trochę brakuje.

Ocena: 7/10

„Gra tajemnic” – o człowieku uwikłanym w historię

____________________________________

Instagram: @anna_jozefiak_klub_filmowy
Twitter: @klubfilmowy
____________________________________

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.