MUZYKA FILMOWA,  Recenzje muzyki filmowej

„Grawitacja” Stevena Price’a – recenzja muzyki (Oscar 2014)

Film Alfonso Cuaróna, choć zrealizowany przy pomocy najnowszych technologii wizualnych i dźwiękowych, jest pod względem fabularnym zwyczajną historią o kobiecie, która wbrew piętrzącym się trudnościom odzyskuje wolę życia. Historia dr. Ryan Stone, opowiedziana w konwencji realistycznej (a nie science-fiction; nic bowiem, co widzimy na ekranie, nie wykracza już dziś poza zasadę prawdopodobieństwa), jest przypowieścią, w której ukazane postaci i wydarzenia to tylko pretekst dla widza, by docierać do ukrytych, alegorycznych treści. One właśnie budują głębię znaczeniową filmu i decydują o jego wysokiej wartości nie tylko technicznej, ale również interpretacyjnej.

Ogromną rolę w wyostrzaniu pewnych znaczeń oraz w kreowaniu przestrzeni i nastroju w filmie pełni muzyka Stevena Price`a. Towarzyszy nam ona niemal przez cały czas. Może się wydawać, że jej obecność przeczy powszechnie znanej prawdzie, że w kosmosie panuje cisza. Price za pomocą dźwięków – paradoksalnie – podkreśla ogrom tej ciszy. Dokonuje tego na przykład poprzez nagłe „ucięcie” melodii, wprowadzenie długiej pauzy w środku utworu, w momencie, gdy jest on najpełniej rozwinięty. Te momenty absolutnej pustki pozwalają wyeksponować to, co właśnie ma się wydarzyć i przypominają nam o tym, gdzie bohaterowie tak naprawdę się znajdują.

Kolejnym ciekawym zabiegiem, który wbrew pozorom respektuje obecność ciszy w przestrzeni kosmicznej, jest połączenie typowych dźwięków instrumentalnych z brzmieniową imitacją tego, co dzieje się wokół postaci, np. wybuch, zderzenie, odgłos przelatujących szczątków satelity. Price umieścił w swoich utworach te elementy, które nie mogły wybrzmieć w ścieżce dźwiękowej filmu. Oprócz dialogów, oddechu i tego, co słyszymy w kapsule ratunkowej, nic nie powinno być słyszalne dla widza. Zatem wrażenia słuchowe, które w normalnych warunkach mogłyby zaistnieć, w filmie Cuaróna są słyszalne dzięki muzyce. A ta – jako element, którego źródło znajduje się poza kadrem – nie musi respektować praw obowiązujących w świecie przedstawionym. Zatem gdy oglądamy scenę kolizji części satelity z promem i słuchamy utworu Debris, mamy wrażenie, że scena została nagrana razem z odgłosami zderzenia i z dźwiękiem uszkodzonych silników. Tak jednak się nie stało. Niemal wszystkie odgłosy, oprócz tych, które bohaterowie odbierają jako wibracje dzięki kombinezonom, są zawarte w kompozycji Price`a.

Muzyka została stworzona dla systemu surround, co oznacza, że nie tylko dźwięki wypływające z ekranu, ale również te obecne w utworach Price`a dochodzą do widza z różnych punktów. Reżyser tłumaczy to w następujący sposób: w przestrzeni kosmicznej zaburzona jest orientacja – trudno określić, gdzie jest dół, gdzie góra, gdzie prawa i lewa strona. Położenie obiektów – w tym również postaci – nieustannie się zmienia i brakuje często stałego punktu odniesienia. Dlatego muzyka także powinna wypływać z różnych źródeł. Wszechobecność dźwięków potęgowana jest przez ich mnogość i różnorodność. Nie mamy tu do czynienia wyłącznie z sekcjami właściwymi dla orkiestry. Wiele dźwięków zostało wygenerowanych lub przetworzonych elektronicznie lub wydobytych na przykład ze szklanych kieliszków z wodą, dotykanych opuszkami palców; do tego pojawiają się pozornie chaotyczne, pojedyncze odgłosy, echa, których pochodzenie i charakter nawet trudno zidentyfikować. Ich jednoczesne współistnienie rodzi poczucie osaczenia – nie tylko przez zbliżające się części satelity czy ogień, ale też przez przestrzeń, która – choć tak ogromna – otacza bohaterów i pochłania. Być może w początkowych scenach ta intensywność wrażeń słuchowych jest nawet zbyt duża; z czasem jednak muzyka tak stapia się z obrazem, że odbieramy ją jako element naturalny i bez wątpienia należący do całości.

Price w swoich kompozycjach operuje kontrastem. Poza opozycją cisza-dźwięk wyodrębnić można również tonację wysoką i niską, brzmienie jednego instrumentu (np. delikatne uderzenia pojedynczych klawiszy fortepianu) i fragmenty multiinstrumentalne, dynamika i monotonia, nastrój mroczny, dramatyczny i nastrój spokojny, łagodny. Co więcej – wszystkie te elementy mogą wystąpić w jednym utworze.

Wraz z rozwojem wypadków muzyka do Grawitacji ewoluuje. Odniosłam wrażenie, że im bliżej Ziemi znajduje się nasza bohaterka, tym mniejszą rolę w instrumentacji odgrywa elektronika, a większe znaczenie zyskuje tradycyjna orkiestra. Do tego w drugiej części soundtracku częściej pojawia się wokaliza, podkreślająca dramatyzm wydarzeń i patetyczność sytuacji. Największe wrażenie zrobiła na mnie kompozycja Don`t let go (z początku albumu) oraz Shenzou i finałowa Gravity. Ta ostatnia w fenomenalny sposób ilustruje alegoryczne zakończenie filmu i podkreśla, że człowiek jest wielki, niezależnie od tego, jak skończy się jego historia. Ważne, aby pogodził się z życiem i ze śmiercią. To właśnie czyni nas ludźmi.

Refleksje, jakie snuje widz po seansie Grawitacji, nie byłyby tak wyraziste, bogate i pełne emocji, gdyby nie praca Stevena Price`a. Angielski kompozytor, który z pewnością stoi u progu wielkiej kariery, zasłużenie otrzymuje kolejne nominacje i statuetki za muzykę do filmu Cuaróna. Słusznie też uznawany jest za odkrycie minionego roku w muzyce filmowej. Warto więc obserwować kolejne dokonania tego artysty i towarzyszyć mu w drodze na szczyt. Ma bowiem potencjał i świeżość, której powoli zaczyna brakować w świecie filmowej muzyki. Może dzięki niemu to się zmieni.

Recenzja ukazała się również w portalu soundtracks.pl.
A o filmie przeczytacie w artykule Przypowieść o odzyskaniu woli życia.

_____________________________________

Facebook: Klub Filmowy Obraz i Dźwięk

Twitter: @klubfilmowy

_____________________________________

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.