FILMY

„Gwiazd naszych wina” – słodko, gorzko, banalnie…

Są takie filmy, które można oglądać wyłącznie wtedy, gdy skończyło się określoną liczbę lat. Gdy minie magiczna granica wiekowa, przestają lub dopiero zaczynają interesować nas zupełnie inne tematy i konwencje. I tu pojawia się problem dla recenzenta – jak oceniać film niezły z punktu widzenia młodzieży, gdy jednocześnie bardziej dojrzały zmysł filmowy mówi, że obraz był słaby? Wystawiać dwie oceny? Jedną uśrednioną? Cóż, zobaczymy, co okaże się na końcu artykułu…

„Gwiazd naszych wina” to film o parze nastolatków dotkniętych nieuleczalną chorobą. Oboje spotykają się podczas terapii w grupie wsparcia i mimo początkowego dystansu, jaki dzieli dziewczynę i chłopaka – zaczyna ich łączyć uczucie. Można się domyślać finału, ewentualne wątpliwości przez jakiś czas budzi pytanie: kto pierwszy odejdzie? Później już wszystko jest jasne.

Na pewno nastoletni widzowie, szczególnie płci żeńskiej, będą czuć się usatysfakcjonowani po wyjściu z kina (chusteczki też się przydadzą… sama stosowałam). Mamy tu przystojnego chłopaka i uczucie, które pozwala w obliczu pewnej śmierci znaleźć „nieskończoność” i choć na chwilę daje zapomnieć o nieuniknionym. Można się wzruszyć (mnie – jak wspomniałam – nawet się zdarzyło). Wzruszenie to wynikało jednak raczej z nagromadzenia tkliwości, wielkich słów i długich ujęć ukazujących zapłakane twarze zakochanych (chwyt o tyle banalny, co skuteczny w przypadku wrażliwców), niż było efektem działania subtelnych środków filmowego wyrazu, budujących nastrój. Romantyczne sceny przeplatały się z gorzkimi chwilami powrotu do rzeczywistości i z humorystycznymi momentami pokazującymi, że w życiu chorych na raka jest przecież miejsce na śmiech i żarty. Wątek wyjazdu do Amsterdamu na spotkanie z ulubionym pisarzem Hazel czy pomysł na książkę, która kończy się w pół zdania, to chyba najbardziej oryginalne elementy całej tej historii.

Fabuła, oparta na bestsellerowej powieści dla młodzieży Johna Greena, nie wnosi jednak nic nowego do koncepcji motywu miłości w cieniu śmierci. Opowieść skupia się na młodych, umierających ludziach, nie wnikając w psychologiczne podłoże ich zachowań czy decyzji. Wszystko jest oczywiste: depresja Hazel, pozorna beztroska Gusa, zauroczenie, wzajemne wsparcie i zrozumienie, zmartwienie rodziców obojga zakochanych i w końcu to, co nieuchronne. Scenariusz traktuje kwestię choroby nowotworowej w taki sposób, aby pełniła ona wyłącznie funkcję osi fabularnej. Nie mam możliwości, aby traktować film Josha Boone’a inaczej, jak tylko przeciętną, słodko-gorzką opowieść o miłości, chorobie i śmierci. Nie zachwyciła mnie obsada (najlepiej wypadł Willem Dafoe w epizodycznej roli zdziwaczałego pisarza, młoda Shailene Woodley jako Hazel prezentuje cechy przyszłej niezłej aktorki, jednak pozostali artyści – z Laurą Dern na czele – zawodzą). Dialogi wydawały mi się często wymuszone i niekiedy mało prawdopodobne. Nie zwróciła też mojej szczególnej uwagi wizualna ani dźwiękowa warstwa filmu, co mogłoby podnieść wartość artystyczną produkcji i choć trochę ją uratować. Nic z tego…

Przykro mi, nie znajdę nic, co obroni film „Gwiazd naszych wina”. Nie przekonała mnie ta historia. Kilka dowcipnych i kilka chwytających za serce dialogów nie sprawi, że obraz – nawet dotyczący spraw ostatecznych – przemówi do mnie prawdą o życiu. I tu znajduję odpowiedź na postawione wcześniej pytanie: jak ocenić taki film? Już wiem: był słaby. I kropka.

_____________________________________

Facebook: Klub Filmowy Obraz i Dźwięk

Twitter: @klubfilmowy

_____________________________________

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.