„Han Solo. Gwiezdne wojny – historie” – recenzja filmu Rona Howarda Filmy

„Dawno, dawno temu w odległej galaktyce…” – te słowa wciąż wywołują we mnie przyjemny dreszcz, gdy tylko pojawiają się na wielkim ekranie tuż przed kolejną historią ze świata Gwiezdnych wojen. I choć nie czuję się wybitną znawczynią tego uniwersum, to jednak mam ogromny sentyment do postaci wykreowanych przez George’a Lucasa. Nie kłócę się o to, która trylogia jest lepsza i czy Disney powinien kontynuować produkcję następnych części serii. Jeśli mają one być utrzymane na poziomie Łotra 1, Przebudzenia mocy czy najnowszego – Hana Solo, to ja proszę o jeszcze!

Zanim jednak otworzę worek pochwał dla filmu Rona Howarda, przyznam, że sam pomysł nakręcenia historii pilota Sokoła Millenium przyjęłam z oburzeniem. Nie wyobrażałam sobie, aby Han Solo mógł mieć inną twarz niż ta, którą znam od zawsze. Co innego, gdy – tak jak w Łotrze 1 – bohaterem jest nowa postać, z którą widz nie wiąże żadnych skojarzeń. A tu? Jak to? Han Solo bez Harrisona Forda? Moja niechęć do tej produkcji wzrosła po obejrzeniu pierwszego zwiastuna. Po obejrzeniu drugiego – jeszcze bardziej się pogłębiła. Spontaniczna wizyta w kinie na premierowym seansie odmieniła jednak moje spojrzenie na dzieło Howarda.

Poznajemy Hana – pewnego siebie ryzykanta i lekkoducha, który wbrew temu, co o sobie myśli, jest dobrym człowiekiem. Dowiadujemy się, jak Han poznał Chewbaccę i Lando Calrissiana, obserwujemy miłosną historię bohatera i – oczywiście – stajemy się świadkami pierwszego spotkania pilota z Sokołem Millenium. Ostatnia z wymienionych scen nie jest może tak uroczysta, jak ta, w której Anakin (Hayden Christensen) po raz pierwszy pojawia się w stroju Dartha Vadera (Gwiezdne wojny: Część III – Zemsta Sithów) – co to były za emocje!! – jednak ma w sobie szczególny urok, podkreślony przez motyw muzyczny nawiązujący do oryginalnego tematu Johna Williamsa (L3 & Millenium Falcon). No i jeszcze ten moment, w którym widzimy po raz pierwszy parę pilotów w kokpicie statku! Łezka się w oku kręci…

Młody Han Solo w wykonaniu Aldena Ehrenreicha – przyznaję to ze skruchą – okazał się godnym następcą Harrisona Forda. Z jednej strony starał się wiernie oddać ruchy i spojrzenia starszego kolegi, z drugiej – nadał postaci młodzieńczą świeżość i urok, których co prawda nie brakowało Fordowi, ale które gdzieś umknęły na skutek występów Harrisona w ostatnich częściach Gwiezdnych wojen. Ujmę to jeszcze inaczej – podczas gdy dojrzałe dziś pokolenie (szczególnie żeńska jego część) wzdychało na widok Hana Solo w oryginalnej trylogii, dziś obiektem westchnień współczesnych młodych dziewczyn na widowni będzie Han o twarzy Aldena Ehrenreicha. Chłopak uczciwie na to zapracował.

Mniej interesująco wypadła Emilia Clarke, filmowa Qi’Ra, która chyba jako jedyna nie odnalazła się w swojej roli. Nie do końca przekonał mnie też występ Donalda Glovera jako Lando Calrissiana. Nie jestem pewna, czy pomysł na nakręcenie osobnego filmu poświęconego tej postaci jest sensowny. Miło było zaś zobaczyć ponownie na ekranie Thandie Newton, Woddy’ego Harrelsona oraz Paula Bettany’ego, który stworzył jedną z ciekawszych kreacji powstałych w odległej galaktyce.

Dwóch rzeczy brakowało mi jednakże w filmie Rona Howarda: wyrazistych, dowcipnych dialogów oraz większej ilości „drobiazgów”, które znalibyśmy z chronologicznie późniejszych części serii. Nie twierdzę, że scenarzyści Lawrence i Jon Kasdan nie wprowadzili tych elementów, jednak w rozmowach często brakowało polotu, zaś odniesienia do innych epizodów ze świata GW rzadko wywoływały spontaniczne „O!” (wyjątkiem może być „talizman” trzymany przez Hana na szczęście lub przewrotny easter egg polegający na wymianie zdań między Lando – Nienawidzę cię! a Hanem – Wiem.). Zastanawia mnie również przyjęta przez autora zdjęć, Bradforda Younga, koncepcja, zgodnie z którą przez większość filmu na ekranie panuje szarość, mgła albo dym, co sprawiało, że obraz był często niewyraźny, jakby źle oświetlony.

O muzyce Johna Powella (z zapożyczeniami od Johna Williamsa) powiem krótko – jest to pierwsza ścieżka ze świata Gwiezdnych wojen od czasów Ataku klonów, której słucham z żywym zainteresowaniem i która zwróciła moją szczególną uwagę podczas seansu. A utwór Corellia Chase już trafił na listę moich ulubionych motywów z roku 2018.

Otrzymaliśmy zatem barwną, dynamiczną i wciągającą opowieść, która zachowując klimat oryginalnej trylogii, jest jednocześnie atrakcyjnym wizualnie i dźwiękowo widowiskiem, spełniającym oczekiwania młodego pokolenia. 

Ocena filmu: 8/10

___________________________________

Instagram: @klubfilmowy
Twitter: @klubfilmowy
Pinterest: Klub Filmowy Obraz i Dźwięk
_____________________________________

Dodaj komentarz