Jason Bourne znowu walczy ze złymi ludźmi, systemem i … scenariuszem Filmy

jason_bourne_posterJason Bourne powrócił i jest naprawdę w dobrej formie! …tak bardzo chciałbym móc napisać to szczerze i z pełnym przekonaniem. Niestety, chcąc pozostać w zgodzie ze sobą, nie mogę tego zrobić, mimo całego sentymentu do serii i bohatera, który wywodzi się jeszcze z prehistorycznej wersji Tożsamości… z Richardem Chamberlainem (1988).

Wydaje się, że ogólnie jest nieźle. Jest dobrze zmontowana akcja, która dynamicznie przenosi się z miejsca na miejsce, znowu można odnieść wrażenie, że światem rządzi korporacja pod nazwą CIA, a zatem mamy wszystko to, czego doświadczaliśmy w poprzednich odsłonach… No właśnie!

Na planie kolejnej części zmagań Jasona Bourne’a z amerykańskimi systemem bezpieczeństwa spotkali się niewątpliwi specjaliści od serii. Za kamerą po raz trzeci stanął Paul Greengrass (Krucjata…, Ultimatum…), za scenariusz razem z Greengrassem odpowiedzialny był Christopher Rouse (Krucjata…). „Nowicjuszem” w gronie jest autor zdjęć – Barry Ackroyd, ale fakt, że współpracował z reżyserem wcześniej przy filmach Kapitan Philips, Green Zone (także z Mattem Damonem), Lot 93 może wskazywać, że panowie dobrze się ze sobą dogadują. Zdjęcia zresztą wydają się być jednym z najmocniejszych autów filmu. Praca kamery odpowiada dynamice poszczególnych scen, co w połączeniu z przyzwoitym montażem, za który odpowiedzialny był także wspomniany już Christopher Rose, nadaje filmowi odpowiednie dla gatunku tempo i atmosferę. Ale tu czeka nas jednak łyżka dziegciu. W kolejnych scenach odkrywamy wszystko to, co widzieliśmy już w trzech poprzednich częściach. Film zatem może być interesujący dla tych, którzy przygodę z JB właśnie zaczynają, ale ostatecznie pewnie wyda się dosyć nudny wszystkim tym, którzy po – powiedzmy sobie szczerze – średnich lotów Dziedzictwie Bourne’a (nikt z kluczowych twórców nie został zaangażowany do aktualnej opowieści o świecie Jasona) oczekiwali powiewu świeżości, tak jak w 2. i 3. części.

Wracając jeszcze do kwestii montażu, zastanawiam się czy przypadkiem w szale twórczym nie wycięto za dużo klatek, bo skąd ten czy ów bohater wyciągał te i inne wnioski, to ja nie wiem. Miejmy nadzieję, że to mimo wszystko nie kwestia dziurawego scenariusza, a po prostu konieczność większego skupienia na tym obrazie, do czego zachęcam (może wychwycicie niuanse, których mi umknęły i będziecie wiedzieć, skąd oni wiedzą to wszystko, co wiedzą).

I jeszcze jedno. Chciałbym niniejszym zaprosić twórców filmu na wybrany patriotyczny marsz w dniu 11 listopada w Warszawie w celu zapoznania się ze sposobami znikania w tłumie dzięki maskom, kapturom i okularom, bo autorzy scenariusza chyba nie do końca to rozumieją, szczególnie patrząc na próby pozostawania niedostrzeżoną przez Nicki Parsons w jednej ze scen zbiorowych. Kończąc analizę kwestii technicznych, warto zwrócić uwagę na naprawdę dobrze nakręcone i szybko zmontowane sceny pościgów samochodowych i walk.

Odnosząc się krótko do samego scenariusza, muszę stwierdzić, że jego największym mankamentem jest brak tajemnicy tożsamości głównego bohatera, która stanowiła główną siłę napędową trzech pierwszych części. To przecież nie dynamiczna akcja, pościgi, strzelaniny i sceny walki wręcz, choć ważne, stanowiły o wartości filmu. Gdyby ograniczyć się tylko do nich, filmy o Bournie byłyby kolejnymi filmami o służbach specjalnych. Była w nich jednak tajemnica, którą bohater… odkrył na końcu trzeciej części. Pomimo próby zbudowania podobnej atmosfery wokół pewnego epizodu z przeszłości Bourne’a, nie wyszło to najlepiej, bo to, co najważniejsze, już zostało opowiedziane.

Niewątpliwie miło jest zobaczyć, że do serii powrócił Matt Damon. Od pierwszego filmu zawsze sprawdzał się w tej roli, tym razem także nie zawiódł. Był po prostu wykreowanym przez siebie i lubianym przez widzów Bournem o apatycznym spojrzeniu i atletycznym ciele, które momentami prezentuje. W tym ostatnim aspekcie dużo bardziej przekonywał mnie wyglądając jak student na zagranicznym stypendium, a takowego przypominał mi w Tożsamości…. Nie wniósł jednak do tej roli także nic nowego. Trudno jednoznacznie powiedzieć, dlaczego. Przez ostatnie lata na pewno nie próżnował, imając się różnorodnych, mniejszych lub większych wyzwań aktorskich (mnie w pamięć najbardziej zapadając rolą w Marsjaninie – wiem, mało oryginalny wybór, oraz epizodem w Interstellar). Może tej postaci po prostu nie da się bardziej rozwinąć, nie czyniąc jej przez to groteskową albo z drugiej strony sztucznie udramatyzowaną, a ja po prostu mam za duże wymagania?

Było o bestii, to teraz o pięknej, która przede wszystkim jednak jest inteligentna i nie daje stawiać się „szowinistom na stołkach” do kąta, ale korzystając z okazji rozgrywa ich zgodnie ze swoim planem. Na marginesie trzeba zauważyć, że z podobną konstrukcją głównej postaci kobiecej mieliśmy do czynienia zarówno w Krucjacie…, jak i Ultimatium…, w których Joan Allen stworzyła silny charakter Pameli Landy, ale także w przywołanym już Dziedzictwie…, choć postać wykreowana przez Rachel Weis była równie inteligentna, co naiwna (ta ostatnia zdecydowanie przypomina dziewczyny Bonda, które pomimo IQ poza skalą najbezpieczniej czują się ramionach 007). Ad rem! Główną rolę kobiecą powierzono uhonorowanej Oscarem za drugoplanową rolę w Dziewczynie z portretu Alicji Vikander. Grana przez nią Heather Lee to błyskotliwa absolwentka Uniwersytetu Stanforda, specjalistka branży IT, która porzuca świat intratnych posad w korporacjach na rzecz służby dla Wuja Sama. I wszystko pięknie, z tym drobnym zastrzeżeniem, że – nie wchodząc w szczegóły, których niestety za wiele nie ma – Vikander reprezentuje chyba ten typ aktorki, które potrzebują roli zawierającej nieco więcej treści i wymiarów. Słabo odnajduje się ona w postaciach stosunkowo płytkich (pomimo swoich wielu przymiotów), a dodatkowo na siłę otrzymujących łatkę cynicznych i wyrachowanych bohaterek (w tym miejscu liczę na ewentualne uwagi odnoszące się do jej roli w U.N.C.L.E,). O powtórce z postaci Pameli Landy można zapomnieć, chociaż Heather Lee wydaje się mieć lepsze perspektywy na rozwój kariery w Agencji niż ostatecznie otrzymała Landy.

Przejdźmy na drugi plan. Tomme Lee Jones… gdzie jest ów Tomme Lee Jones, który grając na drugim planie potrafił ukraść cały film, kreując postać nieustępliwego śledczego w Ściganym czy demonicznego zamachowca w Eksplozji. Odpowiedź na powyższe pytanie brzmi: niestety nie ma go w tym obrazie. Drugim „Nazwiskiem”, które twórcy wprowadzili do serii w czwartej odsłonie historii Jasona Bourne’a, jest Vincent Cassel.  I w tym przypadku muszę powiedzieć, że aktor ten, którego nie darzę przesadnym sentymentem, dał radę. W moim odczuciu był najlepszym Agentem od czasu Clive’a Owena, który w pierwszym filmie o Bournie wcielił się w postać Profesora. Owen, grając epizod, miał co prawda do powiedzenia więcej ciekawych rzeczy (jak na profesora przystało, postawił nawet jakieś egzystencjalne pytania), ale Cassel, którego postać bardziej pasuje do Desha Buksaniego (Ultimatum…) konsekwentnie do samego końca odgrywa rolę niezadającego pytań Agenta. Kobietą na drugim planie jest po raz kolejny Julie Stiles wcielająca się w rolę Nicki Parsons… i to właściwie tyle.

Czy żałuję, że poszedłem na ten film w dniu premiery na godzinę 22.00 i obejrzałem go? Nie. Ale jestem – jakby nie patrzeć – fanem serii i pewnie jeśli Jason Bourne powróci w kolejnym obrazie, to też się na niego wybiorę, choć może nie kosztem piątkowego wieczoru.

Ocena: 5/10

_____________________________________

Instagram: @klubfilmowy
Twitter: @klubfilmowy
Pinterest: Klub Filmowy Obraz i Dźwięk
_____________________________________

Dodaj komentarz