„Kamerdyner” – recenzja filmu Filipa Bajona Festiwale, Tofifest

W jednym z wywiadów Filip Bajon przyznał, że robienie filmów o świecie, który już nie istnieje, jest pociągające. Jako widz mogę powiedzieć to samo, tyle że z perspektywy odbiorcy, a nie twórcy. Tym bardziej, jeśli opowieść rozłożona jest w czasie, a bohaterowie podlegają kapryśnym wyrokom historii. Tak właśnie dzieje się w przypadku filmu Kamerdyner, którego tematem są losy Kaszubów, Polaków i Niemców, toczące się od roku 1900 aż do „wyzwolenia” ziem polskich przez Armię Czerwoną.

Pociąga mnie w filmie Bajona przede wszystkim epicki rozmach, z jakim reżyser kreśli tło, na którym rozgrywa się akcja. Oglądamy malownicze krajobrazy, przechadzamy się po kaszubskiej wsi, ale też po bogatej posiadłości należącej do arystokratycznej rodziny von Krauss. Na podstawie dialogów i zachowań budujemy zbiorowy portret prostych Kaszubów i wyniosłej elity. Obserwujemy konflikty, które wybuchają nie tylko na pograniczu tych dwóch grup społecznych, ale również wewnątrz nich. Wichry dziejów dodatkowo wprowadzają zamęt w życie postaci, nie oszczędzając ani jednych, ani drugich. Mamy też wątek romantyczny, w którym miłość zostanie ostatecznie skonfrontowana z poczuciem obowiązku wobec ziemi i przodków. Wszystkie te elementy zostały rozpisane na dwuipółgodzinną epopeję, której każdy kolejny rozdział ogląda się z największą przyjemnością.

Tę przyjemność wzmacniają przede wszystkim kreacje aktorskie. Janusz Gajos jako Bazyli Miotke, nietytułowany „król” Kaszubów, roztacza wokół siebie taką samą aurę i budzi taki szacunek, jak Jerzy Bińczycki w roli Macieja Dobrzyńskiego wśród polskiej szlachty zaściankowej w Panu Tadeuszu. Adam Woronowicz, grający arystokratę Hermanna von Kraussa, zbudował postać cyniczną, zimną, a jednocześnie tak wyeksponował jej tragizm, że do końca trudno nam ją potępić. Trzecim aktorskim filarem u Bajona jest Łukasz Simlat, którego bohater, Peter Schmidt (najpierw jako nauczyciel muzyki, a później jako nazista) budzi odrazę i przerażenie. W zderzeniu z tymi trzema silnymi charakterami jedynie tytułowy kamerdyner, czyli Mateusz Kroll grany przez Sebastiana Fabijańskiego, wypada mało wyraziście. Nie jestem jednak przekonana, czy traktować to jako zarzut. Mati jako sierota jest przecież całkowicie podległy decyzjom rodziny von Krauss, nie ma żadnego wpływu na swój los i doskonale zna swoje miejsce w hierarchii społecznej. Do tego ma duszę artysty, jest wrażliwy, zdolny i inteligentny. Jako człowiek obdarzony takimi cechami nie może więc zawojować świata – ani planu filmowego. Jest cichym uczestnikiem wydarzeń, jednak w ostatniej scenie, w której decyduje o swojej przyszłości, pokazuje siłę charakteru. Role kobiece zostały u Bajona mniej wyeksponowane, choć ujęła mnie szczególnie Anna Radwan jako Gerda von Krauss, dostojna żona arystokraty, z godnością znosząca zdrady męża i czule opiekująca się przygarniętym Mateuszem.

Uroku filmowi Bajona dodają długie ujęcia kręcone często na planie ogólnym i subtelna, melancholijna ścieżka dźwiękowa. Łukasz Gutt nasycił kadry ciepłymi barwami, pozwolił kamerze obserwować okolicę, ale też skupiać się na detalach, na przykład we wnętrzach majątku rodziny von Krauss. Muzyka Antoniego Łazarkiewicza to jedna z najciekawszych dźwiękowych ilustracji w polskim kinie ostatnich lat. A piosenkę Stare drzewa Korteza wpisuję na listę najlepszych utworów filmowych roku.

Mówiąc krótko, takiego kina historycznego od polskich twórców oczekuję. I takim kinem potrafię się zachwycić. A jeden Srebrny i trzy Złote Lwy oraz nagroda publiczności na Tofifest Film Festival potwierdza tylko, że Kamerdyner to film wybitny.

(Zdj. z materiałów prasowych Tofifest)

Ocena filmu 8/10

_____________________________________

Instagram: @anna_jozefiak_klub_filmowy
Twitter: @klubfilmowy
Pinterest: Klub Filmowy Obraz i Dźwięk
_____________________________________

Dodaj komentarz