„Karbala” Krzysztofa Łukaszewicza – o naszej bitwie, w której nas nie było Camerimage, Festiwale, Filmy, Tofifest

KarbalaKwiecień 2004 roku. Irak. Karbala. Islamskie święto Aszura. Religijna uroczystość szyitów. Właśnie w tym czasie rebelianci decydują się na atak na City Hall – siedzibę władz, policji i areszt. Czterdziestoosobowy oddział polskich żołnierzy wraz z oddziałem Bułgarów ma za zadanie utrzymać pozycję. Udaje im się dokonać niemożliwego. Świat jednak nie miał się dowiedzieć o udziale Polaków w akcji.

Opierając się na reportażu napisanym przez Marcina Górkę i Piotra Głuchowskiego pt. Karbala oraz na rozmowach z żołnierzami biorącymi udział w obronie City Hall, Krzysztof Łukaszewicz stworzył filmową wizję tej historii. A jest to wizja brawurowa i zrealizowana na najwyższym poziomie.

Film otwiera scena z epizodyczną rolą Piotra Głowackiego. Rola ta zapada w pamięć nie tylko z powodu świetnej gry aktora, ale również ze względu na dalsze losy jednego z żołnierzy, sanitariusza Kamila Grada. Gwałtowny zryw w akcji już na samym początku filmu uświadamia widzowi, że misja stabilizacyjna, w jakiej mieli wziąć udział Polacy, nie będzie spokojna. W kolejnych sekwencjach otrzymujemy nie tylko wiarygodny zapis walk, ale i doskonale skrojone charaktery głównych bohaterów. Bartłomiej Topa uniósł ciężar roli filmowego dowódcy, kapitana Kalickiego, podobnie jak w rzeczywistości sam Grzegorz Kaliciak podołał niemożliwemu wręcz zadaniu odparcia wroga. Postać Grada, grana przez Antoniego Królikowskiego, mówi niewiele, ale poprzez zagubione spojrzenie i niepewność, jaka malowała się na jego twarzy, możemy poznać strach i niezdecydowanie, jakie towarzyszy sanitariuszowi w skrajnej sytuacji. Jego zawahanie zostało odkupione przez bohaterski czyn, którego dokonał pod koniec akcji obronnej. Przemiana postaci, czy raczej jej dojrzewanie, choć przewidywalne, jest jednak pozbawione zbędnej, patetycznej oprawy. Ilustruje ona, jak krótki dystans dzieli bohaterstwo od tchórzostwa. Ciekawie zarysowana została relacja między braćmi Waszczukami – młodszym (Piotr Żurawski) i starszym (Michał Żurawski). Konflikt, jaki między nimi istnieje, paradoksalnie wynika z ich wzajemnej troski o siebie. Mamy również postać kapitana Getowa, dowódcy oddziału bułgarskiego, który wspiera Kalickiego w podejmowaniu decyzji. Krótkie rozmowy obu dowódców pozwalają uwypuklić ich umiejętności w zakresie strategii i wyeksponować odwagę obu bohaterów.

Rzadko w kinie wojennym mamy do czynienia z tak starannym konstruowaniem postaci. Charaktery nie są pogłębione, ich profil psychologiczny niekoniecznie jest wielowymiarowy, a jednak postaci są bardzo czytelne i wiarygodne.

Napięcie w filmie budowane jest stopniowo i umiejętnie; bez sztucznych monologów czy niepotrzebnej wymiany zdań. Wystarczyło, że kolejne ataki poprzedzało ujadanie okolicznych psów. I bohaterowie, i widzowie wiedzieli już, co nastąpi za moment. To napięcie wzmacniała doskonale zsynchronizowana z obrazem muzyka Cezarego Skubiszewskiego. Kompozycje oprócz fragmentów symfonicznych zawierały również elementy etniczne, wprowadzane przez brzmienia instrumentów typowych dla kultury Wschodu oraz poprzez specyficzny wokal. Muzyka wybrzmiewała dokładnie tam, gdzie należało się jej spodziewać, zaś wyciszała się w tych scenach, w których była po prostu zbędna.

Na szczególną uwagę zasługuje praca operatora zdjęć, Arkadiusza Tomiaka. Kamera prowadzona była przez większość ujęć z ręki. Dało to bardzo dobry efekt i wprowadziło do obrazu dynamikę, podkreślając poczucie chaosu i zagubienia. Tomiak nie ograniczył się jednak do zarejestrowania przebiegu akcji. Znalazł miejsce również na ujęcie przedstawiające pracujący wentylator pod sufitem czy na zbliżenia twarzy żołnierzy, zszokowanych tym, co ich spotyka. Te pojedyncze sceny pełnią funkcję retardacji, dzięki czemu akcja na moment zwalnia, dając widzowi czas na refleksję. Charakterystyczne dla zdjęć Arka Tomiaka jest operowanie światłem i kierowanie go na obiekty, które są w danym ujęciu istotne. W jednej ze scen widzimy dowódcę Kaliciaka, leżącego na kanapie. Przez okno wpada snop światła, oświecający nie tylko głowę żołnierza, ale i pakunki leżące na ziemi. W innej scenie w intensywnie oświetlonym pomieszczeniu dostrzegamy pył unoszący się w powietrzu. Te „drobiazgi” obecne w kadrze sprawiają, że obraz zyskuje cechy artyzmu i nie jest jedynie chronologicznym zapisem wydarzeń, lecz świadomie skonstruowanym dziełem wizualnym.

Filmu Krzysztofa Łukaszewicza nie odbieram jako nagrody pocieszenia dla bohaterów, o których świat nie miał się dowiedzieć (udział Polaków w obronie City Hall miał zostać utajniony). To wciąż aktualny głos, przedstawiający zwyczajnych ludzi stawianych w skrajnych sytuacjach. Ludzie ci muszą podejmować dramatyczne decyzje, od których zależeć może życie innego człowieka. Dlatego też niekiedy popełniają błędy, a konsekwencje złych decyzji często są bardzo poważne. Łukaszewicz pokazuje jednak, że również na wojnie człowiek może dostać drugą szansę.

Karbala to doskonale skonstruowany film wojenny, budzący uznanie nie tylko w warstwie fabularnej, ale i technicznej. Ogląda się go z uwagą  i – mimo poważnej tematyki – z ogromną przyjemnością. Ta przyjemność rodzi się z poczucia, że mamy do czynienia dziełem ekipy, która potrafiła opowiedzieć spójną historię i za pomocą umiejętnie stosowanego języka filmu zilustrować wydarzenia, które warto pokazać światu. A finałowy kadr ukazujący polską flagę powiewającą na dachu City Hall jest ostatecznym dowodem na to, że w naszym rodzimym kinie zaczyna się dziać coś bardzo dobrego.

O wspomnieniach żołnierzy biorących udział w obronie Karbali możecie przeczytać w artykule zamieszczonym w Dużym Formacie.

Ocena: 8/10

_____________________________________

Facebook: Klub Filmowy Obraz i Dźwięk
Twitter: @klubfilmowy
Pinterest: Klub Filmowy Obraz i Dźwięk
____________________________________

Dodaj komentarz