Lepiej budować mosty, niż stawiać mury… – recenzja dokumentu „Walls” Festiwale, Transatlantyk

wallsGdy burzono mur berliński, ludzie z nadzieją mówili: „Ostatni mur upada”, „Nic nie będzie już takie, jak kiedyś”. Nie pamiętam tych wydarzeń – był rok 1989 i choć miałam już pewną wiedzę na temat otaczającej mnie rzeczywistości, to informacje z Berlina dochodziły raczej w skąpych ilościach. Obrazy i komentarze znam ze zdjęć archiwalnych (i z krótkometrażowego dokumentu Królik po berlińsku Bartosza Konopki – ale o tym kiedy indziej). Właśnie takie zdjęcia, prezentujące autentyczne sceny burzenia betonowej ściany, będącej symbolem podziału Europy na dwa wrogie obozy, rozpoczynają film Pabla Iraburu i Migueltxo Moliny pt. Mury (Walls).

Pełne optymizmu wypowiedzi dziennikarzy z roku 1989 i entuzjastyczne reakcje mieszkańców po obu stronach, stanowią kontrast dla tezy, którą formułują twórcy dokumentu. Udowadniają oni bowiem, że mur w Berlinie wcale nie był ostatnim, jaki dzielił ludzi. Nagrywając materiał w miejscach przygranicznych między Meksykiem a USA, Maroko a Hiszpanią czy Zimbabwe a RPA, pokazują codzienne życie mieszkańców i ich „zwyczajne” dramaty. Oglądamy świat z perspektywy matki i ojca, których dzieci żyją po drugiej stronie granicy. Śledzimy pracę strażników, współczujących ludziom nielegalnie przekraczającym zasieki, jednak mających poczucie obowiązku wobec prawa. Obserwujemy też poczynania mężczyzny, który na terenie przygranicznym rozstawia butelki z wodą, aby uciekinierzy mogli z niej skorzystać; ustawia on również krzyże – aby ktoś, kto będzie tędy przechodził, zadał sobie pytanie: co się tutaj stało? 

W kontekście problemu migracyjnego, który nasila się w ostatnich latach w Europie, film ten mógłby zostać odczytany wyłącznie jako komentarz do nagłośnionych przez media kwestii emigrantów szukających lepszej przyszłości na Starym Kontynencie. Umiejscowienie geograficzne opowiadanych historii, wykraczające często poza Europę, oraz powtarzalność zdarzeń, wypowiedzi i uczuć bohaterów, każe spojrzeć na wymowę filmu z szerszej perspektywy i nadaje filmowi uniwersalny wydźwięk. Ludzie budują mury niezależnie od klimatu, narodowości, wyznawanej religii czy prezentowanych wartości. I wszędzie tam, gdzie są granice, znajdą się osoby, które pragną się przez nie przedostać. Nie jest ważne, czy będą to betonowe ściany, druciane zasieki, metalowe pręty czy płot z elektronicznymi czujnikami – zawsze będą to granice, które są znienawidzone, ponieważ dzielą, ograniczają, krzywdzą.

O tej krzywdzie twórcy filmu nie mówią wprost, lecz poprzez długie ujęcia ukazujące twarz matki czy zdjęcia prezentujące podarte ubrania wiszące na drutach, stary but leżący pod krzakiem, pustą plastikową butelkę… Gdzieś stoi krzyż… A mężczyzna rozstawiający wodę w baniakach mówi: każda rzecz pozostawiona na płocie ma swoją historię i powinna zostać opowiedziana. Dlatego zbiera on przedmioty rzucane bądź gubione w pośpiechu przez ojców, matki, dzieci – by nie zostali oni zapomniani.

Nie powinniśmy budować murów, lecz mosty – mówi jeden z bohaterów filmu. Ileż w tym jednym krótkim zdaniu jest prostoty. A ile trudu trzeba, by wprowadzić je w życie…

O uniwersalnej wymowie filmu Mury świadczy lista miejsc, w których – według twórców – taki sam dokument mógłby zostać nakręcony. Są to dziesiątki granic – tych formalnych i tych umownych – które odbierają ludziom wolność, swobodę, miłość, rodzinę, szczęście, w końcu – życie. To setki obszarów, na których ludzie nie czują się bezpiecznie ze względu na brak porozumienia, wrogość, chore układy polityczne czy społeczne.

Najbardziej bolesny w tej sytuacji jest fakt, że po obu stronach zwyczajni ludzie mają te same pragnienia i te same problemy. Z jakiegoś powodu jednak porozumienie między nimi jest niemożliwe bądź niezwykle trudne do osiągnięcia. Każdy z bohaterów filmu chce żyć jako wolny człowiek. Każdy chce mieć uczciwą pracę, która da mu godne życie. Każdy chce zapewnić bezpieczeństwo swoim dzieciom. I każdy chce mieć przyszłość. Czy to zbyt wygórowane marzenia?

Twórcy hiszpańskiego dokumentu unikają natrętnych pytań i sztucznych rozmów. Kamera jest milczącym świadkiem zdarzeń. Towarzyszy bohaterom podczas ich pracy, razem z nimi się ukrywa albo obserwuje granicę, rejestrując działania strażników. Reżyserzy nie ingerują w rozwój akcji, nie komentują tego, co się dzieje i tego, co mówią mieszkańcy przygranicznych terenów. Widz sam musi ocenić to, co widzi i to, co słyszy.

Moja refleksja po seansie jest jedna. Takie filmy zmieniają perspektywę patrzenia na świat. Jako mieszkanka Europy, żyjąca w pokoju, blisko rodziny i przyjaciół, ciesząca się wolnością, mająca poczucie bezpieczeństwa, nie doceniam często tego, co mam. Poznanie historii rozdzielonych rodzin, matek bojących się o losy dzieci, ojców ryzykujących życie, by przedrzeć się na drugą stronę muru do bliskich – dopiero takie obrazy uświadamiają mi, jakie mam szczęście, że żyję właśnie tu i właśnie teraz.

Bardzo dobrze, że powstają takie filmy. I dobrze, że Transatlantyk odkrywa takie dokumenty. Oby efektem tego nie było tylko chwilowe wzruszenie czy dopuszczenie tytułu do konkursu. Niech Mury sprawią, że zaczniemy wokół siebie budować więcej mostów.

_____________________________________

Instagram: @klubfilmowy
Twitter: @klubfilmowy
Pinterest: Klub Filmowy Obraz i Dźwięk
_____________________________________

Dodaj komentarz