„Logan”, czyli godne pożegnanie Jackmana z rolą Wolverine’a Filmy

Po wyjściu z kina po seansie Logana miałem bardzo ambiwalentne odczucia, niestety z przewagą tych negatywnych. Towarzyszyło mi nieodparte wrażenie, że z niezłomnego wojownika twórcy najnowszej odsłony opowieści o Rosomaku zrobili stetryczałego dziwaka z wyolbrzymionymi (nawet jak na tę postać) tendencjami do autodestrukcji. Przyznaję jednak, że po głębszym zastanowieniu sposób przedstawienia niektórych kwestii nabrał większego niż wcześniej sensu i pozytywne odczucia zaczynają przeważać.

Jest to najbardziej brutalna odsłona historii mutantów. Swoje kilka groszy dołożył Deadpool, ale zdecydowanie „przegrywa” w tej rywalizacji. Nasycenie filmu drastycznymi scenami miało chyba swój największy udział w wywołaniu negatywnych odczuć bezpośrednio po seansie. Brutalizacja nie jest tu jednak, na szczęście, celem samym w sobie. Doskonale komponuje się z dramatem borykającego się  z przeszłością bohatera, na który nakładają się coraz większe dysfunkcje ciała (tak adamantowy „mutek” jest chory i to dużo poważniej niż w poprzednim filmie!). Poza tym trzeba pamiętać, że Wolverine nigdy nie był grzecznym chłopcem. W komiksach najpierw poznajemy go jako wroga „ulubionego” przez wszystkich (szczególnie Lokiego) Hulka. Późniejsze losy też nie należały do spokojnych, a nawet gdy Wolverine trafił już do grupy X-MEN, raczej był tym „niepokornym”. Od początku filmowej sagi o mutantach Xaviera taki wizerunek budowano raczej konsekwentnie, choć patrząc na film z 2000 r. z perspektywy Logana postać Wolverine’a jest tam wręcz groteskowa. Mogę zatem powiedzieć, że finałowa odsłona historii Rosomaka jest – mimo dziur w scenariuszu (bo skąd znowu szpony z adamantium, skoro na końcu w poprzedniej części już ich nie miał?) i bardzo słabego drugiego planu (może poza postacią Calibana) – godnym zwieńczeniem historii.

Hugh Jackman tym filmem żegna się (podobno) z odtwarzaną przez siebie od 2000 r. postacią kanadyjskiego mutanta. Muszę przyznać, że pod względem aktorskim jest to pożegnanie w całkiem przyzwoitym stylu. Aktor dobrze odnalazł się w wizji dojrzałego, a nawet podstarzałego bohatera, który swoje już przeżył i musi jeszcze trochę powalczyć. Bardzo podoba mi się wykreowany przez Jackmana wizerunek Wolverine’a i pewnie trudno będzie mi się przyzwyczaić do ewentualnego następcy. Ale cóż – panta rei. Ta zmiana też była nieunikniona (Australijczyk jest jedynym aktorem, który zagrał we wszystkich częściach serii o X-Men).

Pisząc o aktorach nie mogę pominąć jeszcze dwóch osób. Znacznie postarzony niż wskazuje na to metryka, Patrick Stewart po raz kolejny w roli Charesa Xaviera znowu udowodnił, że zna się na tym, co robi. Nieco kontrowersyjna w moim odczuciu koncepcja losów bohatera pozwoliła mu na pokazanie, że w takim filmie jest również miejsce na aktorstwo, a nie tylko na prężnie muskułów. No i jest jeszcze Dafne Keen, 12 latka, która nadspodziewanie dobrze odnalazła się w roli mało empatycznej dla swoich przeciwników postaci. Jestem ciekaw dalszego rozwoju jej kariery. Patrząc na nią widzę Dakotę Fanning sprzed kilkunastu lat. Oby jej kariera na wielkim ekranie potoczyła się ciekawiej, bo potencjał na pewno w niej jest.

Na uwagę w filmie zasługuje także muzyka Marco Beltramiego. Nie jest to na pewno ścieżka do ciągłego słuchania, bo w oderwaniu od obrazu jest trudna w odbiorze, ale koncepcja dronowego brzmienia przełamywanego przez dźwięki wydobywane z klasycznych instrumentów dobrze wpisuje się w charakter filmu.

Nadal jednak nie jestem przekonany co do pomysłu na finał historii o Wolverine. Nie chcąc psuć zabawy, więcej nie piszę, ale jestem ciekaw, jak do zaproponowanego przez scenarzystów zakończenia opowieści o bodaj najbardziej samotnym z X-Menów podejdą fani komiksów.

Aha… po napisach nic nie ma.

Ocena: 8/10

_____________________________________

Instagram: @klubfilmowy
Twitter: @klubfilmowy
Pinterest: Klub Filmowy Obraz i Dźwięk
_____________________________________

 

Dodaj komentarz