FILMY,  NETFLIX

MAD MAX: NA DRODZE GNIEWU George’a Millera

madmax2

Ustalmy fakty: jest godzina pierwsza w nocy, właśnie wróciłam z kina i nie zasnę, póki nie wyrzucę z siebie tej energii, jaką naładował mnie najnowszy film George’a Millera!

Zacznijmy od początku. Po raz pierwszy postać Maksa Rockatansky’ego pojawiła się na ekranie w 1979 roku. Bohater miał twarz Mela Gibsona. Film zaś – mimo niskiego nakładu środków i (co tu dużo ukrywać) słabej realizacji – dał początek określonej wizji świata, pełnej przemocy i niesprawiedliwości, która stała się inspiracją dla wielu późniejszych dzieł filmowych, bardziej bądź mniej ambitnych. Australijski reżyser powtórzył sukces dwa lata później, gdy do kin wszedł drugi film z nieobliczalnym bohaterem w roli głównej: Mad Max: Wojownik szos. Trzecia część historii (Mad Max pod Kopułą Gromu – 1985) zbyt mocno odeszła od klimatu poprzednich obrazów. Film zatracił ostry charakter fabuły, a w warstwie wizualnej ocierał się o kicz. Słabego efektu nie był w stanie poprawić nawet występ Tiny Turner.

George Miller po 30 latach postanowił sprawdzić, co słychać u Maksa.

Efekt tej decyzji mógł być dwojaki: albo Mad Max zaspokoi oczekiwania widza z XXI wieku, albo okaże się, że jako postać, stworzona w poprzednim tysiącleciu, nie pasuje do nowej rzeczywistości. Zanim film na dobre się rozwinął, już było wiadomo, że Mad Max: Na drodze gniewu to powrót do mocnego kina akcji w najlepszym wydaniu.

Akcja toczy się właściwie cały czas w pędzie.

Tę dynamikę budują przede wszystkim sceny pościgów, w których biorą udział potężne machiny – ciężkie, masywne, głośne, a jednak zwrotne i niezwykle szybkie. W ciągłym ruchu jest kamera – z różnych ujęć pokazuje siłową konfrontację postaci stojących na pędzących pojazdach albo przywiązanych do wysokich masztów i kołyszących się raz w jedną, raz w drugą stronę. Wybuchające wokół ładunki, strzały rozlegające się z różnych stron, walki wręcz i wszechobecny ryk silników czynią z obrazu George’a Millera niesamowite widowisko. Nie mogę nie wspomnieć o scenie burzy piaskowej, w którą już na początku filmu wjeżdża rozpędzony konwój. Fantastyczne zdjęcia Johna Seale’a (Angielski pacjent, Gniew oceanu, Wzgórze nadziei) zachwycają rozmachem, plastyką barw i poetycką wrażliwością wizualną. Mam poważne powody, by uznać pracę operatora za wartą nominacji do Oscara.

Obrazowi dorównuje dynamiką i mocą muzyka Toma Holkenborga.

Zwielokrotnione, rytmiczne dźwięki bębnów, trąb i niskie tony sekcji smyczków współgrają z widokiem potężnych maszyn. Z kolei w nielicznych scenach, w których pojawia się refleksja i chwila oddechu, słyszymy subtelną, poruszającą muzykę, pełną liryzmu i głębi. Mimo zawrotnego tempa wydarzeń i wizualnej ekspresji, muzyka wyraźnie wyodrębnia się w kolejnych scenach, podsycając ich wyrazisty charakter. Już dziś mogę stwierdzić, że ścieżka dźwiękowa z Mad Maksa będzie jedną z najlepszych, wydanych w 2015 roku.

Ciekawa jest kreacja postaci.

Tom Hardy jako Max jest wycofany, nieufny i skryty. Ścigają go demony przeszłości, z którymi nie potrafi sobie poradzić. Charlize Theron w roli okaleczonej wojowniczki Furiosy pokazuje z jednej strony kobiecą siłę i determinację, a z drugiej – zwykłą ludzką tęsknotę za miejscem bezpiecznym, które można nazwać „domem”. To właśnie za jej sprawą nieoczekiwanie film zyskuje głębszą wymowę (choć nie nazwałabym go traktatem filozoficznym…). Duet Hardy-Theron to ciekawe zestawienie postaci bardzo różniących się od siebie, a jednak łączących siły w dążeniu do wspólnego celu – odkupienia. Interesujące są również charaktery drugoplanowe (m.in. „nawrócony” Trep czy kobiety uciekające od tyrana) – nie zostały one potraktowane schematycznie. Każda postać ma swoje motywy działania i wyróżnia się z tła.

Nieczęsto zdarza się, że o filmie, który jest powrotem do historii sprzed wielu lat, nakręconym przez tego samego reżysera, można mówić z takim entuzjazmem.

Sama sobie się dziwię, że Mad Max: Na drodze gniewu zrobił na mnie tak duże wrażenie. Wielka w tym zasługa nie tylko dobrze skonstruowanej fabuły, ale i dbałości o kwestie techniczne i artystyczne. A takie połączenie jest dziś rzadkością. George Miller połączył jednak te warstwy filmowej sztuki i stworzył dobry, mocny i zarazem świetnie zrealizowany film akcji, który zadowoli nie tylko przeciętnego widza, ale da powody do satysfakcji tym, którzy szukają w kinie czegoś więcej.

Ocena: 8/10

2 komentarze

    • Anna Józefiak

      Bo faktycznie film robi wrażenie! Ciekawa jestem komentarzy po seansie w 3D – czy technika dodała wartości sferze wizualnej, czy jest zbędna lub wręcz szkodliwa. Różnie to przecież bywało w niektórych przypadkach – choćby w „Hobbici”. Pozdrawiam i czekam na opinię po obejrzeniu filmu 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.