„Manchester By The Sea” – recenzja filmu Filmy

Przejmujący jest najnowszy film Kennetha Lonergana… Subtelnie wnika przez skórę i dociera do najgłębszych pokładów wrażliwości. Więcej czujemy niż widzimy, mocniej doświadczamy niż oglądamy… A po seansie długo nie możemy zrozumieć, że to wszystko nie przytrafiło się nam, tylko komuś innemu.

Powściągliwy scenariusz stopniowo zarysowuje dramat głównego bohatera. Krótkie dowcipne scenki z pracy charakteryzują postać Lee Chandlera jako uczciwego, ale nieokrzesanego dozorcy. Kilka retrospekcji przybliża przeszłość mężczyzny: poznajemy jego żonę, dzieci, obserwujemy istotne dla akcji relacje z bratem i bratankiem. Kulminacyjna zaś sekwencja rozdziera serce i wbija się brutalnie w duszę.

I właśnie tych kilka długich minut, ukazujących na przemian „dziś” (rozmowa w biurze adwokata) i „kiedyś” (noc, która zaważyła na życiu Lee), najbardziej zapada w pamięć. Po mistrzowsku wykorzystane możliwości montażu, spowalniające tempo akcji, oraz monumentalna klasyczna kompozycja Adaggio per Archi e Organo in G Minor na organy i orkiestrę, wykonywana przez London Philharmonic Orchestra, sprawiają, że wraz z bohaterem wpadamy w otchłań. Gdy zaś chwilę później z ust Lee w rozmowie z byłą już żoną pada zdanie: Tutaj nic już nie ma…, odnosimy wrażenie, że czujemy tę samą pustkę, jakiej doświadcza człowiek złamany przez los.

Manchester By The Sea należy do tego typu filmów, które w niezwykły sposób oddziałują na emocje. Unikając rozwlekłych scen wzruszeń czy rozpaczy, a operując wyłącznie dialogiem, grą aktorską i muzyką, Lonergan wywołuje w widzu poczucie jedności z postacią. Choć współczujemy bohaterowi, to jednocześnie czujemy się tak, jakby to nam należało się współczucie. Katharsis przychodzi dopiero nad ranem, gdy po wieczorze pełnym obrazów i refleksji oraz po nocy, w której sen ponownie zabrał nas nad zatokę, uświadamiamy sobie, że to był tylko film…

Casey Affleck uczynił swoją postać zadziwiająco wiarygodną. Ukazuje ją za pomocą oszczędnych środków wyrazu: cichego głosu, flegmatycznych ruchów, mimiki zdradzającej ogromny ból, z którym mierzy się w każdej sekundzie swojego życia. Aktor dał również Chandlerowi wolę walki – ale i ona jest pozbawiona patetycznej czy wyszukanej formy. Lee to zwyczajny dobry człowiek, który miał zwyczajne dobre życie. Przez jeden zwykły błąd (który – jak stwierdził policjant – tamtej nocy popełniło milion innych ludzi) jego świat się zawalił. Próbuje jednak żyć dalej…

Doskonały występ Caseya Afflecka uzupełniają role drugoplanowe. Michelle Williams jako żona Lee pojawia się w zaledwie kilku scenach, a najbardziej wzrusza podczas ostatniego spotkania, gdy w tłumionych przez płacz zdaniach nie potrafi wyrazić swoich uczuć. Świetny Lucas Hedges, grający bratanka głównego bohatera, przekonująco zarysował portret nastolatka, który musi udźwignąć ciężar straty ojca i jednocześnie stara się odnaleźć między żałobą, niepewną przyszłością a codziennymi sprawami, takimi jak próby zespołu rockowego czy relacje z dziewczynami. Wraz z Affleckiem Hedges stworzył zachwycający duet.

Ujęła mnie również koncepcja finału przyjęta przez Lonergana. Reżyser miał kilka możliwości, zasugerowanych bardziej lub mniej wyraźnie w scenariuszu. Losy Chandlera mogły zakończyć się tragicznie, bowiem scenariusz kilkakrotnie podsuwa nam taką sugestię. Nieco mniej uzasadnione, ale prawdopodobne, byłoby zamknięcie tej historii napisem „żyli długo i szczęśliwie”. Decyzja, jaką podejmuje bohater (a jednocześnie Lonergan) jest najlepszą z możliwych. Rozwiązanie akcji ma swoje podstawy w całej strukturze fabuły, a wszystkie konsekwencje wyboru Chandlera mają swoje źródło w jego charakterze i okolicznościach. Reżyser pokazał zatem to, co w prawdziwym życiu rzeczywiście najpewniej by się zdarzyło. Bez dramatycznej pozy czy sielankowej słodyczy.

Manchester By The Sea to prosty, ale przepiękny film. Nakręcony z ogromnym wyczuciem smaku i operujący skromnymi środkami porusza nas do głębi i nie pozwala nam tak szybko powrócić do rzeczywistości. A nawet gdy już do niej wrócimy, zupełnie inaczej patrzymy na swoje dzieci… I na kominek, w którym wesoło skaczą płomienie… I jakże inaczej brzmi znany utwór Adaggio per Archi e Organo in G Minor… Jakże złowrogo i tragicznie…

Ocena: 10/10

_____________________________________

Instagram: @klubfilmowy
Twitter: @klubfilmowy
Pinterest: Klub Filmowy Obraz i Dźwięk
_____________________________________

Najnowszy komentarz

Dodaj komentarz Anuluj