Maraton z „Władcą pierścieni” – noc starych-nowych wrażeń!! Wydarzenia

Fot. www.helios.pl

Kiedy jedenaście lat temu (!!!) po raz pierwszy obejrzałam Władcę pierścieni – Drużynę pierścienia, nie znałam książki Tolkiena. Zrozpaczona wyszłam z kina. Nie spodziewałam się, że pierwsza część przygód w Śródziemiu skończy się w takim momencie. Moje braki w znajomości powieści uzupełniłam oczywiście bardzo szybko. Lekturę trzeciego tomu przypłaciłam wysoką gorączką i emocjonalnym rozchwianiem, które trwało dobrych kilka dni. Tę reakcję można tłumaczyć wrażliwością czytelniczki, jej wiekiem (okres studiów) bądź łatwością w uleganiu wpływowi wspaniałej historii opowiedzianej w doskonałej formie literackiej. Można jednak spojrzeć na to w inny sposób. Władca pierścieni Tolkiena to dzieło monumentalne, epickie, pełne barwnych postaci, wspaniałych przygód, magii – a jednocześnie wychwalające fundamentalne, uniwersalne wartości, których pragnie zwykły człowiek niezależnie od epoki, w której żyje. I chyba to jest właśnie odpowiedź na pytanie, które wywołało ostatnio moje zakłopotanie w rozmowie z koleżanką: dlaczego książka ta tak fascynuje i porywa czytelników. Bilbo Baggins, wyznając, dlaczego tak hucznie obchodzi swoje urodziny, powiedział coś, co w wolnym tłumaczeniu brzmi: Nie ma nic złego w świętowaniu zwyczajnego dnia. Chyba większość z nas chciałaby tak myśleć, choć na co dzień staramy się za wszelką cenę udowodnić, że jesteśmy kimś wyjątkowym.

Pamiętam doskonale, z jakim zniecierpliwieniem czekaliśmy na kolejne części filmowej trylogii. Poszukiwaliśmy choćby najdrobniejszej informacji na temat powstających produkcji, oglądaliśmy świeżo udostępnione zdjęcia, słuchaliśmy muzyki Howarda Shore’a i wyobrażaliśmy sobie, że wracamy do Śródziemia w ciałach istot z tamtej krainy. Była to młodzieńcza fascynacja, która – jak mogłoby się zdawać – zakończy się wraz z upływem czasu.
Nic bardziej mylnego! Może po kilku latach intensywność przeżyć podczas kolejnego nocnego maratonu lekko zmalała, ale nadal był to dla mnie jeden z najwspanialszych filmów, jakie kiedykolwiek widziałam. Co jakiś czas emocje wzrastały: wydanie na DVD, pojawienie się wersji reżyserskiej itd. Życie stawało się coraz bardziej skomplikowane, przyszedł czas wyborów, dorosłych problemów… Aż tu nagle jak grom z jasnego nieba – Jackson nakręcił Hobbita! Jak tu nie wykorzystać takiej okazji i nie przypomnieć sobie jeszcze raz historii, która co prawda jest ciągiem dalszym przygód Bilba, ale na ekranie pojawiła się jako pierwsza? Polskie kina dały nam taką możliwość. A więc? Jedziemy!!                                                                
Grudziądz, Kino Helios – w Galerii Alfa, a nie w starym budynku naprzeciwko dworca Grudziądz-Przedmieście! Godzina 20:50 – przed salą spory tłum. Średnia wieku – 16! I tu niespodziewana refleksja: oni mają lat 16, a ja mam lat…? Zaraz, ile lat temu była premiera…? Więc ja mam lat… ?! No właśnie. Wielu widzów w sali po raz pierwszy widziało ten film właśnie tej nocy! Wywnioskowałam to po pytaniach, jakie zadawali sobie koledzy, którzy przysnęli na chwilę podczas seansu. Moja kolejna refleksja albo raczej dramatyczne pytanie: jak można nie znać Władcy pierścieni Jacksona?! Tyle że gdy film wchodził na ekrany, te dzieciaki miały po 6 lat!!! I tu znowu wróciła moja pierwsza refleksja – ja mam lat…?! Na szczęście maraton się zaczął (trailer Hobbita wywołał dreszcze) i zapomniałam o całym Bożym świecie… łącznie z moim wiekiem.
Powrót do Śródziemia był niezwykłym przeżyciem. Na nowo chłonęłam sielankową atmosferę Hobbitonu, współczułam małemu hobbitowi zmuszonemu opuścić ukochane Shire, by ratować świat, zachwycałam się krajobrazem podczas wędrówki Drużyny… I jak zawsze – wzruszyłam się najbardziej w momencie, gdy po koronacji Aragorna wszyscy – łącznie z królem – klękają przed czwórką małych ludków, którzy ocalili Śródziemie. 
Mimo że część kwestii znałam na pamięć, poruszały mnie one na nowo. Mimo że znane są mi wszystkie kadry – dostrzegałam szczegóły, których wcześniej nie potrafiłam zauważyć. Muzykę słyszałam setki razy – znowu zbudziła gwałtowne emocje. Znowu odkryłam Władcę pierścieni!
I niech ludzie myślą, co chcą… Owszem, to szaleństwo – spędzić w kinie 12 godzin nocnych. Ale to świadczy tylko o tym, że choć już się nie jest na studiach, nadal jest się szalonym i ma się odwagę realizować zwariowane pomysły. Młody duch niech żyje jak najdłużej!
Choć z drugiej strony trzeba być rozsądnym. Maraton, na który złożyłyby się trzy części Hobbita i trzy części Władcy… to już przesada. Prawda? Prawda…? …

Dodaj komentarz