„Na głęboką wodę” – recenzja filmu Jamesa Marsha Filmy

Film Jamesa Marsha przedstawiający historię żeglarza-amatora, Donalda Crowhursta, być może nie wnosi do kina biograficznego żadnej nowej jakości. Ale występ Colina Firtha wart jest wszelkich pochwał. Jego bohater to mężczyzna w średnim wieku, czujący odpowiedzialność za rodzinę, a jednocześnie świadomy swojej bezradności. Z tej bezradności właśnie wypływa pragnienie wzięcia udziału w niemal niemożliwym do wygrania The Golden Globe Race – samotnym wyścigu dookoła świata drogą morską. Jest jeszcze jedno źródło tego pragnienia – dusza marzyciela i idealisty, który chce osiągnąć w swoim życiu coś wielkiego i wyjątkowego. Jak zakończyły się losy Donalda i dlaczego nazwany został oszustem, można sprawdzić w sieci, albo – lepiej – w kinie. Bo historia przedstawiona w filmie Marsha jest bardzo zbliżona do autentycznych losów Crowhursta. Co więcej – technika kręcenia zdjęć często przywodzi na myśl metody stosowane w dokumencie. Stąd można odnieść wrażenie, że wszystko, co widzimy na ekranie, zdarzyło się naprawdę. Choć nie do końca wiemy, co tak naprawdę wydarzyło się na wodach Oceanu Atlantyckiego w lipcu 1969 roku. Film prezentuje jedną z możliwych – i chyba najbardziej prawdopodobnych wersji wydarzeń.

Pięknie oddał swoją postać Colin Firth. Potrafił nadać jej rysy szlachetnego i kochającego męża i ojca, aby za chwilę w spojrzeniu wzbudzić ogień szaleństwa i wielkiej idei, której będzie wierny niezależnie od konsekwencji. Firth umie też sprawić, że współczujemy mu w momencie, w którym wyrusza na wyprawę. Kiedy indziej dystansujemy się od bohatera, nie mogąc zrozumieć motywów jego działania. Wszystkie emocje pokazuje i prowokuje w widzu aktor, który ma do dyspozycji niemal wyłącznie plan bliski, skupiony na nim samym. Poza ekspozycją, krótkimi ujęciami z miasteczka i retrospekcjami spędzamy niemal cały czas na łodzi, która staje się dla Donalda domem na wiele miesięcy, a dla nas – punktem, z którego obserwujemy zmagania samotnego podróżnika. Jednak nie czujemy znużenia. Firth umiejętnie prowadzi swojego bohatera przez różne stadia emocjonalne, dając po raz kolejny doskonały popis aktorstwa.

Dorównuje mu w tym Rachel Weisz, która jako wierna żona i kochająca matka dzielnie znosi rozłąkę i dba o dobre imię męża. Jedna z jej ostatnich kwestii wypowiedziana zostaje w stronę dziennikarzy, którzy zgromadzili się pod jej domem, oczekując sensacyjnego oświadczenia. Jej słowa – choć sformułowane pod koniec lat 60. – aktualne są do dziś. Dotyczą bowiem destrukcyjnej roli mediów w życiu zwykłego człowieka i oskarżają je o bezduszne wykorzystywanie prywatnych sukcesów i dramatów wyłącznie dla zysku. Brzmi to znajomo… A w filmie Marsha słowa te są zwieńczeniem wątku, który miał istotne znaczenie dla bohatera.

Wiernym towarzyszem Donalda w trakcie trudnej morskiej żeglugi jest niezmierzony ocean, pięknie nakręcony przez Érica Gautiera (oczywiście nie bez pomocy specjalistów od efektów), oraz cisza, którą wypełnia muzyka Jóhanna Jóhannssona. Ilustracja islandzkiego kompozytora jest tu o tyle ważna, że jest jedną z ostatnich ścieżek dźwiękowych napisanych przez artystę przed jego śmiercią w lutym 2018 roku. Warto jej posłuchać nie tylko w kinie, ale i w oderwaniu od obrazu, kiedy to zyskuje na wyrazistości i wzrusza jeszcze bardziej niż w trakcie seansu.

Muszę odnieść się na koniec do polskiej wersji tytułu, która po raz kolejny nie oddaje prawdziwej intencji autorów. The Mercy (z ang. „miłosierdzie”) to słowo, które pojawia się zarówno w filmie, jak i w autentycznych zapiskach Donalda Crowhursta. Nie zdradzę kontekstu tego sformułowania, jednak warto pamiętać o oryginalnym tytule, by ukierunkować swój odbiór na postawę głównego bohatera, zwłaszcza pod koniec filmu. I choć nie potrafię zrozumieć wyborów brytyjskiego żeglarza, to przynajmniej wiem, jak tłumaczył swoje postępowanie.

Ocena filmu: 7/10

___________________________________

Instagram: @klubfilmowy
Twitter: @klubfilmowy
Pinterest: Klub Filmowy Obraz i Dźwięk
_____________________________________

Dodaj komentarz