Nie „kto”, ale „gdzie” – „Palimpsest” Konrada Niewolskiego (2006) FILMY

Wczoraj zupełnie przypadkiem odkryłam kolejny dobry polski film. I po raz kolejny trafił mi przed oczy argument, który podważa moją negatywną opinię o rodzimych produkcjach. Katarzyna Taras, filmoznawca i krytyk filmowy, twierdzi, że „widzowie nie lubią polskiego kina, bo go nie znają” (patrz: wywiad z Katarzyną Taras). Coraz częściej przyznaję temu twierdzeniu rację. Nie można sądzić inaczej po obejrzeniu filmu Konrada Niewolskiego pt. Palimpsest (2006).

Wątek kryminalny, zawiązany na początku filmu, prowadzony jest precyzyjnie, co nie oznacza, że spójnie. Nie jest to jednak wada, lecz zaleta kompozycji. Krótkie ujęcia, ciemne barwy, oszczędność słów i dźwięków z planu, długie chwile ciszy i niepokojąca muzyka tworzą obraz ponury, skomplikowany, a jednocześnie fascynujący. Nie jest to typowy kryminał. Wraz z rozwojem akcji coraz częściej dostrzegalny staje się bowiem wątek psychologiczny. Kieruje on myśli widza być może zbyt szybko ku rozwiązaniu, ale nie pytanie o sprawcę zbrodni jest tu najważniejsze – ważniejsze staje się zrozumienie, gdzie toczy się cała historia. Otrzymujemy więc świetnie nakręcony i trzymający w napięciu thriller psychologiczny.
Moją uwagę zwróciły przede wszystkim zdjęcia Arkadiusza Tomiaka. To drugi film tego operatora – po zdecydowanie słabszym Daas – który miałam okazję obejrzeć i już mogę stwierdzić, że ze szczególną uwagą będę śledzić rozwój jego kariery (oczywiście nie muszę dodawać, że jak najszybciej chcę zobaczyć wcześniejsze filmy, do których zdjęcia kręcił Tomiak). Stosując barwy ciemne, w różnych odcieniach szarości, zieleni, brązu i żółci, stworzył on przestrzenie głębokie, niepokojące, nieprzyjazne. Operowanie światłem, którego często nie można dostrzec w innych filmach, tu było wyraźne i świadome. Wiadomo, z której strony padają promienie słońca bądź światła lampy, otrzymują one wręcz namacalny kształt i oświetlają dokładnie te elementy kadru, na które mamy w danym momencie patrzeć. Wizualna strona filmu Niewolskiego zachwyciła mnie.
Drugim elementem, bez którego atmosfera napięcia i niepokoju nie byłaby tak silnie odczuwana, jest muzyka Bartłomieja Gliniaka. Słuchanie jej z płyty mogłoby co prawda wpędzić w obłęd, ale w zestawieniu z mrocznym obrazem doskonale spełnia ona rolę budowania specyficznego nastroju, tak istotnego w filmie Niewolskiego.
Nie dziwi mnie więc, że właśnie te dwie warstwy filmu – zdjęcia i muzyka – były najczęściej nagradzane na różnego rodzaju festiwalach (m.in. nagrodę otrzymał Tomiak na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych, on też – obok Gliniaka – był nominowany do Polskiej Nagrody Filmowej Orzeł). 
Poziom filmu podnoszą również świetne kreacje aktorskie. Szczególną uwagę zwraca oczywiście rola Andrzeja Chyry. Do samego końca, bez względu na to, czego się o bohaterze dowiadujemy, życzymy mu jak najlepiej. I mamy nadzieję na pomyślny finał. Czy taki on jest? Odpowiedź na to pytanie wymaga ponownego obejrzenia końcówki. Twórcy budzą w nas wątpliwości i w ostatniej chwili, gdy już myślimy, że wiemy wszystko, pewność zostaje nam odebrana przez jedno krótkie ujęcie. To też jest sztuka…
Spełniając więc wewnętrzny imperatyw i wychodząc naprzeciw twierdzeniu pani Taras, deklaruję, że nie będę odtąd pomijać polskich tytułów w swoich kinowych planach. Co będzie następne? Czas pokaże…

Dodaj komentarz