FILMY,  NETFLIX

NIENAWISTNA ÓSEMKA Quentina Tarantino

Ósmy pełnometrażowy film Quentina Tarantino potraktowałam jako obustronne wyzwanie

Ja chciałam zmierzyć się z niemal trzygodzinną fabułą reżysera, którego do tej pory nie potrafię uznać za wielkiego twórcę kina. Dla Tarantino zaś była to kolejna szansa, aby zaintrygować Autorkę niniejszego tekstu i sprawić, by nieco przychylniej patrzyła na dzieła zdobywcy Złotej Palmy w Cannes za Pulp fiction. Wyżej podpisana wytrwała do końca seansu Nienawistnej ósemki i nie miała z tym większego problemu. Przez dwie godziny była nawet skłonna uznać, że reżyser również przejdzie tę próbę pomyślnie. Ale później nastąpił czterdziestominutowy finał, którego nie mogę wybaczyć.

Przez długi czas wszystkie elementy filmu doskonale do siebie pasowały – oczywiście w ramach określonej konwencji, znanej widzom z poprzednich obrazów Tarantino

Tytuły poszczególnych części porządkowały kolejność zdarzeń. Bardzo długie ujęcia budowały nastrój oczekiwania na szczegóły wypełniające luki w naszej wiedzy na temat bohaterów. Sieci łączące losy poszczególnych postaci były tkane umiejętnie dzięki dialogom – również typowym dla scenariuszy Tarantino (powtarzalność fraz, schematyczność odpowiedzi, odkrywanie faktów zmieniających nasz pogląd na temat zdarzenia lub osoby). Akcja – mimo powolnego biegu – stawała się coraz bardziej napięta i żaden element świata przedstawionego nie był zbędny. Nawet tak oczywisty motyw, jakim było zamknięcie grupy nieznajomych w domku odciętym od świata podczas śnieżycy, z taką obsadą (Samuel L. Jackson, Kurt Russel, Tim Roth), wydawał się całkiem interesujący. Niestety, reżyser nie wytrzymał i w końcu z wysokiego poziomu budowania intrygi wylądował na znanym sobie i widzom niskim gruncie, powielając wątek masakry z poprzednich filmów. Aktorzy zaś albo byli po prostu sobą (na przykład Madsen grał jak zwykle rolę… Madsena), albo zostali pozbawieni możliwości rozwinięcia własnych postaci (jak Tim Roth).

Znając zamiłowanie Tarantino do krwawych rozwiązań końcowych, nie można było czuć się zaskoczonym scenami, które nastąpiły w finałowej części filmu

I nie mam żalu do reżysera, że po raz kolejny brutalna przemoc sięgała granic absurdu, budząc zamiast grozy – śmiech lub odrazę. Rozczarowało mnie jednak to, że kolejne zgony następowały w tak oczywisty sposób albo były tak słabo umotywowane faktami, że można było sądzić, iż reżyser po prostu nie miał innego pomysłu na zejście jednej czy drugiej postaci. Nie przekonała mnie nawet idea wygłoszona przez czarnoskórego łowcę głów, który szanując wolę kolegi po fachu, wybiera taką a nie inną śmierć dla skazańca. Rachunek końcowy musiał się zgadzać – i tak faktycznie się dzieje, ale sposób rozliczania jest dla mnie niejasny, a przez to mało atrakcyjny. Gdyby film skończył się po dwóch godzinach, byłabym usatysfakcjonowana. To wielkie słowa w kontekście dzieła Tarantino. Ale to „dzieło” trwało dalej… Na swoje – i widza – nieszczęście.

Podobnie rzecz ma się z wizualną warstwą filmu

Uroda zdjęć w początkowej fazie zdarzeń była chwilami szczególna. Ujęcia przedstawiające zaśnieżone krajobrazy, na tle których poruszał się powóz, były skomponowane z widoczną dbałością o każdy drobiazg. Tak samo z wyjątkowym smakiem zbudowane zostały kadry we wnętrzu zajazdu – świetlne plamy zwracały uwagę widzów na istotne rekwizyty, które prędzej czy później zyskały na znaczeniu. Ciepłe kolory pozwalały zapomnieć o szalejącej śnieżycy za oknami, którą jednak od czasu do czasu widzieliśmy ukradkiem w szybach. Autor zdjęć, laureat trzech Oscarów (za filmy JFK, Aviator i Hugo i jego wynalazek) postarał się, aby Nienawistna ósemka była filmem, na który dobrze się patrzy. Ta uroda oszpecona zostaje niestety przez litry krwi wylewane w scenach gwałtownych zejść kolejnych bohaterów. I choć jest to wpisane w konwencję filmów Tarantino, nie potrafię znaleźć uzasadnienia dla takiego zderzenia dwóch estetyk: piękna i brzydoty.

Zawiodłam się jeszcze na jednym elemencie filmu – na muzyce

Ennio Morricone zarzekał się kiedyś, że nie podejmie więcej współpracy z Tarantino. Miałam nadzieję, że artysta wytrwa w swoim postanowieniu. Bardzo zdziwił mnie udział włoskiego kompozytora przy tworzeniu muzyki do Bękartów wojny. Stało się, ale powtórki być nie powinno. Kompozycje Morricone do Nienawistnej ósemki przypominają dawne utwory z westernów Sergio Leone – i pewnie jest to zabieg zamierzony. Być może miałoby to sens (w końcu te melodie to klasyki!), gdyby nie świadomość, że Morricone jest autorem tak wspaniałych ścieżek dźwiękowych, jak Misja, Cinema Paradiso czy Koneser. Po seansie Nienawistnej… na długo pozostaje w pamięci motyw z czołówki filmu – to prawda, jest on charakterystyczny, ciekawie zaaranżowany i wykonany. Jednak po napisaniu tego tematu Maestro stracił chyba muzyczną wenę. Słuchamy właściwie jednego, może dwóch tematów – na okrągło; oprócz budowania napięcia nie pełnią one szczególnej roli, a poza tym muzyki jest tu po prostu bardzo mało. Trudno mi zrozumieć, dlaczego soundtrack do Nienawistnej ósemki zdobył Złoty Glob i nagrodę Critics’ Choice. Nominacja do Oscara tym bardziej mnie dziwi, a przyznanie tej nagrody Morricone potraktuję w tym roku jako bardzo niesprawiedliwe.

Miniatura USA

Spotkałam się z tezą, jakoby zajazd na odludziu, w którym toczy się właściwa akcja, był miniaturą Stanów Zjednoczonych, bohaterowie byli reprezentantami amerykańskiego społeczeństwa podzielonego ze względu na rasę, pochodzenie czy poglądy, zaś problemy poruszane w dialogach miały ukazywać współczesne oblicze Ameryki, w której dominuje wzajemna nienawiść i nieufność. Rzeczywiście, w filmie wyraźnie widoczne są nawiązania do konfliktów na tle rasowym, do zagrożeń, jakie niosą ze sobą grupy przestępcze czy do różnic na temat oceny historii. Nie sądzę jednak, aby opowiadana przez Tarantino bajka miała być alegorią, z której widzowie powinni wyciągnąć jakiś morał. Bo o czym chciałby nas reżyser pouczyć, co chciałby nam uświadomić? Nie ufaj nikomu, kogo spotkasz? Mścij się, kiedy los daje ci ku temu okazję? Nie pij kawy, jeśli jej sam nie zaparzysz? Każdy „morał”, jaki przychodzi mi na myśl, wydaje się mało „moralny” bądź mało poważny. Poza tym – od kiedy to Tarantino jest głosem narodu i nauczycielem sumień?

Jeden-zero dla mnie

Zatem w tabelce rejestrującej wyniki pojedynku „Tarantino – Ja” po raz kolejny Autorka niniejszego tekstu wpisuje sobie punkt, zaś w kolumnie należącej do reżysera znów kreśli „minus”. Szkoda. Tak bym chciała zachwycić się konwencją, jaką tworzy w swoich filmach Quentin Tarantino. Tak bym chciała zrozumieć sens prezentowania scen brutalnych ze świadomym stosowaniem kiczu. Tak bym chciała śmiać się z dialogów wypowiadanych przez bohaterów.

Chociaż z drugiej strony – czy jest się czym zachwycać? Czy jest co rozumieć? Czy jest się z czego śmiać? Mam wątpliwości…

→ NIENAWISTNA ÓSEMKA – muzyka Ennio Morricone

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.