Paweł Pawlikowski na Tofifest Film Festival w Toruniu – relacja ze spotkania Festiwale, Spotkania, Tofifest

Podczas 17. edycji Tofifest Film Festival w Toruniu publiczność miała okazję spotkać się z reżyserem Pawłem Pawlikowskim, laureatem Oscara w kategorii Najlepszy Film Nieanglojęzyczny (Ida, 2015) i twórcą nominowanej do Oscara w dwóch kategoriach Zimnej wojny (za najlepszy film nieanglojęzyczny oraz zdjęcia). Reżyser odebrał również w Toruniu nagrodę Złotego Anioła za Niepokorność Twórczą.

W rozmowie z Łukaszem Maciejewskim Paweł Pawlikowski opowiadał o początkach swojej pracy w telewizji BBC. Przyznał, że musiał czasem godzić się na nagrywanie filmów, które nie odpowiadały jego artystycznym ambicjom, jednak dostarczały środków na kręcenie własnych, niezależnych obrazów. Takim obrazem był dokument Z Moskwy do Pietuszek z Wieniediktem Jerofiejewem (1990). Praca dla brytyjskiej telewizji nauczyła też reżysera pewnej „niepokorności”, zrodziła w nim niezgodę na sposób przedstawiania świata, bardzo konformistyczny i nudny, który reprezentowały brytyjskie produkcje telewizyjne. Przejawem tej „niepokorności” był m.in. dokument Serbski epos (1992), po którym Pawlikowski o mały włos nie stracił pracy. Dokumentalne zainteresowania reżysera skupiały się przede wszystkim na Europie Wschodniej, szczególnie na Rosji, która zdaniem artysty w tamtym okresie była bardziej ekstremalną wersją Polski. Kręcąc filmy o Wschodzie, Pawlikowski mógł powiedzieć coś o swoim kraju, nie narażając się przy tym na czyjeś zarzuty czy niezadowolenie. Z drugiej strony, dzięki pracy przy produkcjach dokumentalnych reżyser wypracował własną technikę przekładania rzeczywistości na język filmu, co widać w jego późniejszych dziełach filmowych. W połowie lat dziewięćdziesiątych dla Pawła Pawlikowskiego dokument stał się gatunkiem, w którym on sam osiągnął już pewien ostateczny etap i który stał się niewystarczający w obliczu zmieniającego się świata. Rozwój mediów, nagrania na żywo – to wszystko odbierało dokumentowi pewną pozycję i atrakcyjność. Dlatego reżyser odszedł od rejestrowania rzeczywistości na rzecz „wymyślania” jej.

Łukasz Maciejewski zauważył, że mimo iż Pawlikowski, jeszcze jako młody, początkujący reżyser, mógł pracować z zagranicznymi operatorami zdjęć, to zazwyczaj wybierał operatorów z Polski. Artysta wyjaśnił, że praca z operatorami brytyjskimi rodziła pewne problemy; brakowało im zaradności, wyobraźni i elastyczności. Realizowali oni swoje zadania rzetelnie, ale wyłącznie w granicach określonych czynności. Mieszkając w Wielkiej Brytanii, Pawlikowski bywał jednocześnie dość często w Polsce, dzięki czemu miał kontakt z polskimi operatorami i wiedział, że może liczyć na ich świeże, oryginalne spojrzenie, pozbawione retoryki, napuszenia i zawodowej rutyny.

W swoich twórczych działaniach reżyser nie lubi, gdy ktoś inny ingeruje w jego koncepcję. Dlatego też po sukcesie Idy i Zimnej wojny wciąż pozostaje twórcą niezależnym i świadomie trzyma się z daleka od Hollywood, gdzie swoboda twórcza jest mocno ograniczana przez wytwórnie i producentów.

Pracując nad nowym filmem, Pawlikowski „zanurza się” w jego świecie, pisze różne warianty powstającej historii, pogłębia je, zmienia, często odkłada na dłuższy czas – i jeśli ta rzecz miała w sobie życie i potencjał, to zawsze do niego wraca. Wtedy pojawia się koncepcja dotycząca aktorów, choć jeszcze nie ma scenariusza. Kolejnym etapem jest poszukiwanie miejsc, krajobrazów (choć ostatnio już rzadziej), czytanie książek na temat opowiadanej historii. „Żyję tym filmem przez kilka lat” – mówił Paweł Pawlikowski. Film zaczyna kwitnąć, gdy scenariusz jest gotowy. Nie oznacza to jednak, że kwestie w nim zapisane są ostateczne. To się zmienia nawet podczas kręcenia poszczególnych scen. Bardzo ważna jest dla reżysera perspektywa operatora, ale też spontaniczność aktorów, którzy czują daną scenę i są gotowi na zmiany. Z jednej strony zależy Pawlikowskiemu na tym, żeby mieć  kontrolę nad całym procesem twórczym, ale z drugiej strony oczekuje świeżości. Stąd zdarza się dość często, że na planie wykonywanych jest kilkadziesiąt dubli. Czasem wystarczą trzy duble, a czasem właśnie w trakcie kolejnej męczącej powtórki aktorzy wyzwalają z siebie tę iskrę, o którą chodziło reżyserowi.

Mówiąc o przyjęciu Idy i Zimnej wojny przez publiczność zagraniczną, Paweł Pawlikowski stwierdził, że odbiór zależy w dużej mierze od każdego człowieka – od jego wiedzy, wrażliwości i doświadczeń. Być może widz amerykański nie do końca zrozumiał konteksty historyczne obecne w obu filmach, jednak pozostają jeszcze inne warstwy tych opowieści, które są równie istotne i które nadają sens tym filmom – bohaterowie, sama fabuła, relacje między postaciami, muzyka. Dotyczy to zwłaszcza Zimnej wojny.

Wątek muzyki pojawił się jeszcze raz w kontekście inspiracji i pasji Pawlikowskiego. Reżyser przyznał, że zespół Mazowsze i jego występy były dla niego samego wielkim odkryciem. W ogóle muzyka jest dla niego czymś bardzo ważnym. Kino zaś łączy w sobie wszystkie te sztuki, w których kiedyś reżyser chciał się realizować i zdobywać sukcesy – muzykę, fotografię, poezję. Kiedy Pawlikowski myśli o konkretnych scenach, często przywołuje piosenki czy melodie, które mogłyby towarzyszyć danemu ujęciu czy sytuacji, które mogłyby unieść dany moment. Istotna jest też cisza, która jest częścią muzyki.

Podczas spotkania padło pytanie, dlaczego do dziś nie można kupić płyty z muzyką z filmu Zimna wojna. Paweł Pawlikowski stwierdził, że cały świat się pyta o to samo. I dodał, że prawdopodobnie ma to związek z prawami autorskimi i zespołem Mazowsze.

Odnosząc się do wypowiedzi Olega Sencowa, że sztuka może uratować świat, Paweł Pawlikowski powiedział: „Ja w to nie wierzę. Myślę, że ludzie mogą uratować świat. Sztuka może nas wzbogacić, uwrażliwić, ale zawsze przegrywa z barbarzyństwem. Czasem się nim nawet karmi. Raczej powiedziałbym za Dostojewskim, że miłość może uratować świat. Piękno. Ale sztuka – raczej nie.”

Zapytałam Pawła Pawlikowskiego, w którym momencie podczas prac nad Idą i Zimną wojną zdecydował się na czarno-biały obraz i co wpłynęło na decyzję o wyborze właśnie takiej konwencji. Reżyser odpowiedział, że ten pomysł skonkretyzował się na późniejszym etapie, gdy scenariusz do Idy był gotowy i gdy zebrane zostały już fundusze na produkcję. Pojawiło się wtedy pytanie – jak sfotografować tę historię. Reżyser uznał, że czerń i biel pozwoli oddać atmosferę czasów przedstawionych w filmie; te czasy pamiętał też z czarno-białych fotografii w rodzinnych albumach. Czuł, że ten film powinien być kontemplacyjny, z lekka abstrakcyjny i że ta konwencja pozwoli to osiągnąć. Wybór koloru to kwestia proporcji, tak jak z muzyką i jak ze wszystkimi innymi elementami. Podobnie było w przypadku Zimnej wojny. Wymyślanie kolorów do opowiadanej historii byłoby sztuczne. Czerń i biel jest prostym gestem, za pomocą którego udaje się osiągnąć zamierzony efekt.

O swoich planach na najbliższą przyszłość reżyser nie chciał na razie mówić, jednak wspomniał o pomyśle na film, który będzie miał miejsce w dalszej przeszłości. „Współczesność mnie przeraża” – powiedział reżyser. I nie wiadomo – być może ponownie sięgnie po konwencję czerni i bieli…

Czekamy!!

____________________________________

Instagram: @anna_jozefiak_klub_filmowy
Twitter: @klubfilmowy
____________________________________

Dodaj komentarz Anuluj