„Piraci z Karaibów. Zemsta Salazara”, czyli powrót na znajome wody Filmy

Poprzednia część pirackich przygód (Na nieznanych wodach z 2011 roku) bardzo mnie rozczarowała – począwszy od fabuły, przez aktorskie kreacje (zwłaszcza Penélope Cruz), po muzykę. Zapowiedź piątej odsłony Piratów z Karaibów potraktowałam więc z dużą rezerwą. Okazało się jednak, że tym razem produkcja pokonała klątwę, jaka często dotyka zbyt liczne kontynuacje serii. Zemsta Salazara przywraca honor Piratom i ich twórcom. A Disney znowu jest górą!

Zwyczajny seans stał się nieoczekiwanie przemiłym spotkaniem z dawno niewidzianymi przyjaciółmi (i nic nie szkodzi, że większość z nich to typy spod ciemnej gwiazdy). Jak dobrze znów zobaczyć błędne spojrzenie kapitana Jacka Sparrowa (Johnny Depp), które – choć wciąż takie samo – po sześciu latach wcale widzowi się nie nudzi. Miło ponownie usłyszeć chropowaty głos Hectora Barbossy (Geoffrey Rush) i pisk jego wiernej małpki (tak, tak, małpka powraca!). Mamy tu załogę Czarnej Perły z panem Gibbsem na czele i kilka innych postaci, co do których do samego końca mamy wątpliwości, czy aby na pewno się pojawią. Ale są! Jest nawet ktoś, kogo byśmy się zupełnie nie spodziewali (jednak musimy na nią poczekać aż do końca napisów).

Dość powiedzieć, że scenariusz Jeffa Nathansona doskonale scala wątki podjęte w poprzednich rozdziałach pirackich przygód i robi to bez zbędnego wysiłku. Co więcej – gdyby nie ostatnia scena (po napisach), można by odnieść wrażenie, że twórcy chcą pożegnać się z historią szalonego kapitana Sparrowa i jego (nie)przyjaciół. Zemsta Salazara zamyka bowiem kilka kwestii, które do tej pory pozostawały bez ostatecznego finału. Czuję jednak, że producent serii Jerry Bruckheimer nie ma dość swoich postaci. I powiem szczerze – bardzo chętnie obejrzę część szóstą.

Do znanego nam świata zgrabnie wprowadzeni zostali nowi bohaterowie, grani bez kompleksów przez mało popularnych dotąd aktorów. Nazwisko i zachowanie Henry’ego Turnera (Brenton Thwaites) mówi nam wszystko o jego pochodzeniu i osobowości, zaś Carina Smyth (Kaya Scodelario) to kolejna kobieca postać o silnym charakterze, jaka pojawia się w ostatnich latach w kinie (w końcu okaże się, że jej upór i odwaga nie biorą się znikąd). Działania obojga młodych, oczywiście z pomocą (lub ze szkodliwym udziałem) Sparrowa, wiążą się z losami Salazara – kapitana, który swoją przeklętą dolę „zawdzięcza” Jackowi.

Motyw klątwy wiszącej nad załogą i wątek zemsty nie są oryginalnymi zabiegami fabularnymi w tej pirackiej serii (wystarczy przypomnieć sobie dawne dzieje Barbossy i przeklętych monet). Nie razi to jednak nadmiernie, bowiem właśnie na takich historiach opierają się wszystkie pirackie opowieści. Salazar (Javier Bardem) na tle pozostałych postaci wypada niestety dosyć blado – i to zarówno w znaczeniu dosłownym, jak i w przenośni. Jego obecność w filmie napędza akcję, jednak motywy postępowania są już powierzchowne i typowe, dlatego nie dają aktorowi szans na wykreowanie silnego czarnego charakteru. Niezupełnie przekonała mnie również charakteryzacja Salazara – uzyskana w większości za pomocą efektów komputerowych, które – choć wytworzyły wokół postaci nastrój grozy i demoniczności – to jednak wypadły zbyt sztucznie.

W Zemście Salazara obejrzymy dynamiczne sceny bitew morskich (niestety nakręcone prawie w całości w studiu na niebieskim i zielonym tle, co pomniejsza mój podziw dla operatora Paula Camerona, który zastąpił Dariusza Wolskiego, zaangażowanego w pracy przy najnowszym Obcym); znajdziemy tu też szalone sceny komiczne (jak sekwencja napadu na bank!); nie brakuje też dramatyzmu, który jednak nie dociąża przesadnie nastroju całości (np. rozmowa małego Henry’ego z ojcem). Przyznam się w końcu, że finał wzruszył mnie do łez. Zobaczyłam bowiem dokładnie to, co chciałam zobaczyć od pierwszych minut filmu. Doskonała klamra kompozycyjna tej części prowadzi bowiem jednocześnie do zamknięcia wątku, który tak długo pozostawał nieukończony. Tu właśnie znajduje on swoje rozwiązanie: na zielonym nadmorskim wzgórzu, z przepięknym tematem One Day Hansa Zimmera i z oceanem w tle.

Skoro o muzyce mowa, muszę nadmienić, że autorem kompozycji do Zemsty Salazara wcale nie jest Hans Zimmer ani Klaus Badelt, lecz Geoff Zanelli. Przynajmniej tak wynika z napisów końcowych i z okładki płyty. Każdy jednak, kto zna choć trochę kompozycje do poprzednich części, rozpozna charakterystyczny motyw główny Badelta czy tematy Zimmera. Ale bez obaw. Wszystko pozostało w rodzinie, ponieważ Zanelli współpracował z Zimmerem przy tworzeniu poprzednich ścieżek. Stąd usłyszymy zarówno nowe melodie, jak i klasyczne już „pirackie” kompozycje, które bardzo płynnie wplecione zostały do ścieżki dźwiękowej w najnowszej produkcji.

Piraci z Karaibów płyną więc dalej tym samym kursem, nie oglądając się na bok. I całe szczęście. Zachowują bowiem swój dobry rozrywkowy styl, rezygnując z ochłodzenia wizerunku pirata, jaki stworzył choćby serial Black Sails (genialny w swoim gatunku!). Być może ciepłe przyjęcie Zemsty Salazara wynika z tego, że stęskniliśmy się już za naszymi bohaterami. Po sześciu latach dobrze jest znów wypłynąć na znajome wody. Być może jednak wciąż potrzeba nam takich przygód, w których znajdziemy trochę szaleństwa, trochę niedorzeczności, trochę romantyzmu i nieco wzruszenia. A to wszystko daje nam najnowszy film Dineya.

I jeszcze raz przypominam – zostańcie w kinie do końca napisów!

(Plakat: https://www.facebook.com/IMAXUSCA/photos)

Ocena: 8/10

_____________________________________

Instagram: @klubfilmowy
Twitter: @klubfilmowy
Pinterest: Klub Filmowy Obraz i Dźwięk
_____________________________________

Dodaj komentarz