„Powstanie Warszawskie” – film, który musiał zaistnieć FESTIWALE, FILMY, Transatlantyk

(Seans obejrzałam podczas festiwalu Transatlantyk 2014. Po projekcji odbyło się spotkanie z Piotrem Śliwowskim – producentem wykonawczym – i Bartoszem Chajdeckim – autorem muzyki, moderowane przez krytyka filmowego Janusza Wróblewskiego.)

O filmie Powstanie Warszawskie, wyprodukowanym przez Muzeum Powstania Warszawskiego, trudno cokolwiek napisać. Każde stwierdzenie będzie brzmiało banalnie. Każda uwaga okaże się nie na miejscu. I każde słowo straci sens. No bo jak mówić o fabule, skoro zakończenie i tak wszyscy znają. Jak pisać o grze aktorskiej, gdy ludzie w kadrach nie byli aktorami, tylko uczestnikami autentycznych sytuacji. Jak scharakteryzować zdjęcia, które zostały nakręcone w takim czasie, jak rok 1944, przez operatorów, którzy nie byli przypadkowymi świadkami wydarzeń, a doświadczonymi filmowcami. (Jak powiedział Piotr Śliwowski po projekcji, w nagrywaniu materiałów brali udział znakomici operatorzy, którzy przed wybuchem II wojny światowej mieli już ugruntowaną pozycję w świecie polskiej kinematografii.) Jak w ogóle wydobyć z siebie cokolwiek po tak wstrząsającym seansie? A jednak trzeba coś napisać. Bo to „coś” tłucze się po głowie i chce się wydostać na zewnątrz.

Tytuł – Powstanie Warszawskie. Autorzy – Jan Komasa, Piotr Śliwowski, Jan Ołdakowski. Rok premiery – 2014. Gatunek – dramat wojenny non-fiction, niemający odpowiednika gatunkowego w żadnym innym miejscu. Nigdy wcześniej w światowej kinematografii nie powstał film złożony wyłącznie z materiałów nakręconych przez operatorów-dokumentalistów. Autorzy współcześni mieli do dyspozycji 6 godzin pociętych, kilkusekundowych, czarno-białych, niemych ujęć, często mających fatalną jakość. Zdjęcia oryginalne powstawały podczas walk powstańczych. Miały być wykorzystywane jako kronika dokumentująca działania oddziałów walczących na terenie stolicy. Twórcy filmu postanowili zrekonstruować i poddać koloryzacji taśmy, aby rzeczywistość przedstawiona na ekranie wydawała się bliższa i bardziej dostępna dzisiejszemu widzowi. Zgadzam się z Piotrem Śliwowskim, który stwierdził, że zdjęcia czarno-białe wprowadzają barierę pomiędzy widzem a wydarzeniami dziejącymi się w filmie. Traktujemy je jako minione, odległe, wręcz nieprawdopodobne. Włączenie koloru do historii o powstaniu, które wybuchło dokładnie 70 lat temu, czyni z filmu dokument mówiący o niedalekich czasach. Przecież uczestnicy tych wydarzeń żyją do dziś! Nie możemy więc o nich mówić w kategoriach obcej nam przeszłości.

Jak opowiadał producent, projekt trwał trzy lata. Praca polegała na  rekonstrukcji uszkodzonych klisz, koloryzacji, zgrywaniu materiałów z taśm, katalogowaniu według charakteru ujęć (w osobnych plikach gromadzono na przykład ujęcia drzew, w innych ujęcia postaci, w kolejnych fragmenty walk, szykowania amunicji itp.), montażu, który tak naprawdę decydował o fabule (a nie odwrotnie, jak to dzieje się w typowych produkcjach), komponowaniu muzyki, odczytywaniu dialogów z ruchów warg, tworzeniu dubbingu, udźwiękawianiu, wreszcie na łączeniu wszystkiego w spójną całość. Brzmi to bardzo prosto, lecz w rzeczywistości wysiłek, jaki włożyli w ten film jego twórcy, jest ogromny.

Muzyka Bartosza Chajdeckiego w doskonały sposób spełniała swoją rolę – wydobywała i podkreślała nastroje, jakie kreowane były poprzez obraz. Ścieżkę dźwiękową polecam Waszej uwadze. Równie dobrze funkcjonuje ona jako ilustracja filmu, jak i osobne dzieło. Efekt jest porażający. Współczesne kino przyzwyczaiło nas do tego, że po każdym filmie wojennym mamy wrażenie, że właśnie dowiedzieliśmy się, jak wygląda wojna, co dzieje się na polu walki, jak żyją i umierają żołnierze i cywile. Pada przy tej okazji najbardziej banalne stwierdzenie z możliwych – „tak było…” . Jacy my jesteśmy teraz doświadczeni… Jak dobrze znamy realia wojenne… Nie chcę absolutnie podważać wartości kina wojennego – powstały przecież arcydzieła, co do wartości których nie mamy żadnych wątpliwości. Uważam jednak, że dopiero premiera filmu „Powstanie Warszawskie” daje możliwość zobaczenia w kinie tego, co rzeczywiście działo się w sierpniu 1944 roku. Jak to ujął Piotr Śliwowski, 10% czasu w filmie zajmuje walka, reszta to życie codzienne i oczekiwanie na ostrzał, na nalot, na list, na obiad, na uśmiech obcej kobiety. Tak też było – czy jest – na wojnie. I tak to ukazane zostało w filmie. Początkowa sekwencja, ukazująca nalot bombowy nad Warszawą, wywołała we mnie dziwną złość, wręcz niepokojące uczucie zbliżone do nienawiści wobec tych, którzy o tym nalocie zdecydowali. „Człowiek jest potworem” – taka myśl towarzyszyła mi do samego końca seansu. Myślałam tak nawet wtedy, gdy na zdjęciach widzieliśmy miasto, które żyje. Działa poczta, drukarnia, piekarnia, ludzie z zapałem przygotowują amunicję, kobiety gotują obiady i wystawiają kotły z zupą na ulicę, flirtują. Ten ruch i ożywienie podkreślane jest przez muzykę Bartosza Chajdeckiego, który celowo nadał zdjęciom ukazującym początkowe dni powstania charakter pozytywny, wręcz pogodny. Jak wspomina kompozytor, po jednym z seansów starsza kobieta podeszła do niego i powiedziała, że oglądając te sceny na moment uwierzyła w to, że jednak tym razem Polakom się uda. Śmieszne? Wcale nie. Bo historia miała zakończyć się tragedią.

I jeszcze kilka szczegółów:

Dziwnie się poczułam podczas sceny, w której powstańcy aresztują kilkunastu niemieckich żołnierzy. Nienawiść wobec nich w tamtym czasie była zrozumiała. Dlaczego ogarnęło mnie coś w rodzaju litości? W zderzeniu z wypadkami, które miały miejsce kilkadziesiąt dni później, trudno to usprawiedliwić. A jednak. I te portrety: ludzka-nieludzka twarz wroga.

Ślub rannego powstańca i pięknej młodej kobiety. Tekst przysięgi małżeńskiej urwał się dokładnie w momencie, w którym miały nastąpić słowa: „póki śmierć nas nie rozłączy”. Przypadek? Czy oczywistość, której wypowiedzenie było zbędne?

Dzieci bawiące się na ruinach. Zapytane o to, w co się bawią, odpowiadają całkiem naturalnie: w wojnę. Kto mi przypomni, w którym wierszu pada to stwierdzenie? Przerażające…

I jeszcze akcja „Rozpoznaj”. Polega ona na poszukiwaniu i identyfikowaniu osób, które pojawiły się w jakimkolwiek momencie filmu. Do dziś udało się rozpoznać ok. 150 osób. Kolejne wciąż zgłaszają się do Muzeum Powstania Warszawskiego i odnajdują siebie lub swoich bliskich na zdjęciach z sierpnia 1944 roku. Niebywałe!

Odrzucam wątek ideologiczny czy poglądowy, który niektórzy chętnie w tym miejscu by rozwinęli. Odrzucam uwagi dotyczące realizacji filmu (dubbing, oś fabularna). To wszystko nie ma w tym momencie znaczenia.

Film ten powinien powstać – i powstał. Powinien wstrząsać – i wstrząsa. Nie powinien być odpowiedzią na modne ostatnio pytanie: czy Powstanie Warszawskie miało sens? – i takiej odpowiedzi nie daje, bo nie poczuwa się do tego, by rozstrzygać tę kwestię. Jak to pięknie ujął Piotr Śliwowski, „film ten ocalił ludzi, o których historia by zapomniała”. I na tym koniec.

Warto zajrzeć na stronę filmu, na której zamieszczone zostały szczegóły dotyczące twórców i produkcji: www.powstaniewarszawskiefilm.pl.

_____________________________________

Instagram: @klubfilmowy
Twitter: @klubfilmowy
Pinterest: Klub Filmowy Obraz i Dźwięk
_____________________________________

Dodaj komentarz