FILMY,  NETFLIX

„San Andreas” – solidnie nakręcona wizja kataklizmu

San_AndreasLubię obejrzeć czasem solidną katastrofę w kinie. Twister Jana De Bonta, Dzień Niepodległości, GodzillaPojutrze i 2012 Rolanda Emmericha, Epicentrum Stevena Quale’a – to filmy, które dają twórcom możliwość zaprezentowania osiągnięć techniki w dziedzinie efektów specjalnych (choć nie zawsze skutek jest zadowalający). Widzowie zaś mogą doświadczyć emocji – bardziej lub mniej intensywnych – i po prostu rozerwać się podczas seansu. Czy filmy tego typu mają na celu wpływanie na świadomość odbiorcy? Czy powinny nieść jakąś głębszą ideę? Ja nie oczekuję od nich istotnych treści. Nie widzę tu miejsca na proekologiczne manifesty czy apele o jednoczenie się ludzkości w obliczu globalnego zagrożenia. Dlatego film Brada Peytona oglądałam z ogromną przyjemnością – choć może brzmi to dziwnie w obliczu totalnej katastrofy, jaka dotknęła – po raz kolejny zresztą – znaczną część Stanów Zjednoczonych.

W filmie San Andreas oglądamy zmagania pilota śmigłowca ratunkowego (niezły Dwayne Johnson) podczas wielkiego kataklizmu, jaki nawiedza rejon uskoku, który faktycznie zagraża trwałości kontynentu. Równolegle obserwujemy pracę sejsmologa (jak zwykle świetny mistrz drugiego planu – Paul Giamatti), który odkrywa, że dotychczasowe wstrząsy to zapowiedź dużo poważniejszej aktywności sejsmicznej. Dołączone do tego wątki żony i córki głównego bohatera oraz młodego chłopaka i jego brata tworzą siatkę wydarzeń, które scalają fabułę (choć niekiedy siatka ta rwie się nieubłaganie).

Najważniejsze jednak jest to, co dzieje się z miastami. Dzięki ujęciom z helikoptera, którym na początku przemieszcza się Ray, widzimy widowiskowe falowanie skorupy ziemskiej, a wraz z nią – rozbujane wieżowce, które kołysząc się do granic wyznaczonych przez prawa fizyki, przewracają się na ulice i sąsiednie budynki, czyniąc z miasta istne piekło. Trzęsienia następują z dużą częstotliwością. Nasza perspektywa jako widza wciąż zmienia się – od wnętrz luksusowych biurowców po otwartą przestrzeń. Ziemia drży po raz pierwszy, po raz drugi i kolejny, i jeszcze raz… Reakcja łańcuchowa, jaką zapoczątkował pierwszy wstrząs, doprowadza do następnych katastrof, obejmując ogromny obszar. Nie mogło również zabraknąć tsunami. Przyznam, że intensywność scen obrazujących kataklizm jest wyjątkowa i mocno wpływa na podtrzymanie dramatyzmu fabuły. Napięcie jest bardzo umiejętnie dawkowane. I za to należą się reżyserowi brawa.

Można by w tym miejscu zacytować słowa Hitchcocka: „Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć.” I można by je potraktować dosłownie, gdyby nie jeden mały „szczegół”: jak w każdym filmie katastroficznym, wydarzenia w San Andreas są przewidywalne. Element zaskoczenia jest niemal równy zeru, stąd odniesienie do mistrza suspensu ma tu charakter wyłącznie retoryczny. Nie zmienia to jednak faktu, iż akcja filmu jest bardzo dynamiczna, a ta cecha w kinie katastroficznym jest przecież bardzo pożądana. Pominę milczeniem wątek tragicznego epizodu z przeszłości głównego bohatera i sposób, w jaki ten temat powraca w rozmowach małżonków. Wybaczam brak wyczucia chwili i sztuczność dialogów. Wybaczam również to, że Dwayne Johnson nie potrafi płakać. Nikt w końcu nie jest doskonały. A czy wolno nam przymknąć oko na amerykańską flagę, która pojawia się w ostatnich ujęciach filmu? O tym już sami zdecydujcie…

Pełna obaw wybrałam się na seans w technologii 3D. I nie żałuję. Technicy poradzili sobie z tworzeniem iluzji głębi. Nie widać było nachalnych ujęć, nakręconych wyłącznie na potrzeby tego formatu, a perspektywa przyjęta przez operatora była naturalna. Obiekty, które poruszały się na ekranie, nie krzyczały bez przerwy do widza: „dotknij mnie!”, „pochyl się!”, „padnij!” – a to uznaję za kolejną wartość techniczną filmu Peytona.

Jest jeszcze muzyka, która powinna budować dramatyzm i podkreślać ogrom siły żywiołów. Tu również mogę stwierdzić, że kompozytor Andrew Lockington wykonał swoje zadanie zgodnie z konwencją gatunku. Muzyka jest w filmie obecna i wielokrotnie wysuwa się na plan pierwszy. Wzmacnia momenty grozy, a łagodzi chwile, w których pojawia się wątek tragedii z przeszłości.

San Andreas nie jest filmem wybitnym. Spełnia jednak wszelkie oczekiwania jako obraz katastroficzny. Umiejętnie operuje napięciem, prezentuje sceny zagłady z rozmachem i daje widzowi ogromną porcję dobrej rozrywki. A przecież o to właśnie chodzi w tym gatunku, prawda?

Ocena: 7/10

_____________________________________

Facebook: Klub Filmowy Obraz i Dźwięk
Twitter: @klubfilmowy
Pinterest: Klub Filmowy Obraz i Dźwięk
_____________________________________

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.