„Tolkien” – recenzja filmu Filmy

„Żywię głębokie przekonanie, że wgłębianie się w biografię autora stanowi całkowicie bezcelowe i fałszywe podejście do jego dzieł.” (H. Carpenter, J.R.R. Tolkien. Wizjoner i marzyciel, Wyd. Alfa, Warszawa 1997)

„Oczywiście, autor nie może się wyzwolić całkowicie od wpływu własnych doświadczeń, lecz są one niejako glebą, w której ziarno opowieści rozwija się w sposób niezmiernie skomplikowany; wszelkie próby określenia tego procesu są w najlepszym razie tylko hipotezami opartymi na niedostatecznych i wieloznacznych świadectwach.” (J.R.R. Tolkien, Przedmowa do: Władca pierścieni, tłum. M. Skibniewska, Warszawa-Poznań 1990)

Już za życia profesor John Ronald Reuel Tolkien jasno określił swoje podejście do łączenia wydarzeń z biografii autora z tym, co wyraża jego literatura. Poglądy te wielokrotnie powtarzał w przedmowach do kolejnych wydań swoich powieści czy w listach. Zamieszczam tę informację na początku artykułu o filmie Tolkien w reżyserii Dome’a Karukoskiego, aby pokazać, z jak trudną materią mierzyli się twórcy filmowej biografii. Oczekiwania wobec produkcji były ogromne – przede wszystkim ze strony miłośników fantastycznego świata stworzonego przez Tolkiena. Ale nie tylko. Liczne książki na temat prywatnego życia artysty, krytyczno-literackie opracowania jego dzieł czy uznanie środowiska naukowego, jakim cieszy się on do dziś, mogły z jednej strony służyć za bogate źródło informacji o postaci, z drugiej – mogły stanowić pewne ograniczenie dla wyobraźni autorów scenariusza.

Prawem twórcy, który chce opowiedzieć o życiu ważnej autentycznej postaci, jest autonomiczny wybór faktów z jej biografii i położenie akcentów na te etapy, które pasują do założeń reżysera. Stąd jako świadomy odbiorca tego gatunku filmowego nie odmawiam nikomu swobody w przedstawianiu losów bohatera, eksponowaniu jednych, a pomniejszaniu znaczenia innych zdarzeń. Kiedy jednak mamy do czynienia z człowiekiem tak wyraźnie obecnym w świadomości kulturowej widzów, doboru faktów należy dokonywać z wyczuciem i z dbałością o prawdę.

Scenarzyści David Gleeson i Stephen Beresford osadzili pierwszą połowę filmu na wątku związanym z udziałem młodego Tolkiena w I wojnie światowej, a dokładnie z jego obecnością w okopach podczas bitwy nad Sommą. W trakcie żołnierskich zmagań bohatera oglądamy retrospekcje z wczesnych lat jego życia. Zabieg ten jest o tyle trafiony, że pozwala na zarysowanie istotnych – według badaczy literatury Tolkiena – elementów: dzieciństwo spędzone na ukochanej wsi, bliska relacja z matką i pierwszy kontakt z dawnymi legendami, kłopoty finansowe po śmierci ojca i konieczność zamieszkania w dzielnicy fabrycznej oraz znalezienie opiekuna dla Johna i jego brata Hilary’ego w osobie księdza Francisa Morgana i początkowe lata nauki w prestiżowej szkole Króla Edwarda. Widzimy też pierwsze spotkanie z Edith i poznajemy trudności, z jakimi oboje musieli się mierzyć ze względu na swoje pochodzenie i zobowiązania społeczne. Twórcy bardzo wyraźnie zaznaczyli również pasję naukową młodego Tolkiena, która nie zawsze była zbieżna z wymaganiami szkoły czy później – uniwersytetu. Ostatnim istotnym faktem z tych czasów było założenie grupy T.C,.B.S. (Klub Herbaciany, Towarzystwo Barrowian), do której oprócz Tolkiena należało jeszcze trzech innych studentów, bliskich przyjaciół przyszłego pisarza, zafascynowanych literaturą i sztuką. Retrospekcje te, przerywane co jakiś czas powrotem do akcji właściwej – czyli okopów i choroby Johna – stanowią spójne i niezwykle potrzebne tło dla dalszych losów bohatera.

Wydawać by się mogło, że twórcy Tolkiena wywiązali się doskonale z zadania – ujęli w ramy barwnych kadrów ważne punkty z życia pisarza, nawiązując stylistyką – bardziej bądź mniej celowo – do obrazów znanych nam z filmów Petera Jacksona. Ciepła zieleń, brązy, czerwień i żółć przywołują na myśl krajobraz z Shire, zdjęcia z pola bitwy kojarzą się z Mordorem, a przez kilka chwil wyraźnie widać zarys postaci Balroga czy Smauga. Pod względem wizualnym film Karukoskiego ujmuje plastycznością i dbałością o kompozycję każdego kadru (jesienne sceny w plenerze, ujęcia wnętrz uniwersytetu oksfordzkiego).

Uczta dla oczu okazuje się tym przyjemniejsza, że towarzyszy jej wysmakowana muzyka Thomasa Newmana, który nie tylko nadał swoim kompozycjom funkcję ilustracyjną, ale sprawił, że wyzwala ona w wyobraźni widza obrazy pełne magii, tajemnicy i piękna.

Pochwalę jeszcze role Nicholasa Houlta i Lily Collins, którzy potrafili przekonać mnie do istnienia niezwykłej relacji między Johnem a Edith i stworzyli przeuroczy duet, w którym obie strony są równoprawne i wzajemnie się dopełniają (scena w restauracji, gdy dziewczyna inspiruje Johna do stworzenia krótkiej historii o „Rzęsistej” była magiczna! fragment dostępny TUTAJ).

Bardzo bym chciała w tym miejscu zakończyć mój wywód. Ale nie mogę.

To, co napiszę za chwilę, wynika przede wszystkim z mojego filologicznego podejścia do tematu. Nie zawsze przygotowuję się tak dokładnie do obejrzenia i komentowania filmu. Tym razem jednak trafiła kosa na kamień. Kocham twórczość Tolkiena i kocham kino – ale znam też kilka książek poświęconych pisarzowi oraz jego listy i mam swoje zdanie na temat granic swobody w tworzeniu filmów na podstawie życia bohatera. I stąd niestety biorą się moje zastrzeżenia do filmu Karukoskiego.

Pozwolę sobie przytoczyć fragment książki Josepha Pearce’a pt. Tolkien. Człowiek i mit:

Charles Moseley w swojej pracy o Tolkienie omawia aspekty jego życia, które „mogłyby rzucić światło na opublikowane opowieści pisarza”. Z tych, jak powiada,”trzy sprawy są szczególnie ważne: wiara Tolkiena, doświadczenie wojny 1914-1918 oraz natura akademickiego życia i społeczności oksfordzkiej”. (Ch. Moseley, J.R.R. Tolkien, Plymouth 1997)

Podczas gdy dwa ostatnie aspekty wymienione przez Moseleya zostały w filmie zarysowane bardzo wyraźnie i spójnie, pierwszy z nich całkowicie pominięto. Katolicyzm Tolkiena (otrzymany dzięki matce, która przeszła z anglikanizmu na wiarę katolicką) nie ograniczał się jedynie do osobistej relacji z Bogiem, lecz od wczesnych lat dziecinnych kształtował jego charakter i światopogląd, wpływając bardzo znacząco nie tylko na moralność przyszłego profesora, ale także na elementy świata przedstawionego jego dzieł i wartości, jakie one ze sobą niosły. Refleksje na temat wpływu wiary na jego życie jako człowieka i jako pisarza znajdziemy w wielu jego listach (do żony czy do syna Christophera), a także we wspomnieniach osób, które Tolkiena znały.

Tu pojawia się moje drugie zastrzeżenie do biografii Karukoskiego – nieobecność postaci C.S. Lewisa, którego John poznał, zanim jeszcze zaczął pracę na „Hobbitem” (a widzimy ten przełomowy moment w finale filmu). Nie można zaprzeczyć, że Lewis od samego początku znajomości z Tolkienem miał ogromny wpływ na samoświadomość twórczą pisarza, był także zagorzałym partnerem w rozmowach na tematy światopoglądowe, w tym również na temat wiary (do tego stopnia, że pod wpływem dyskusji z Tolkienem oraz innymi przyjaciółmi Lewis powrócił do wiary chrześcijańskiej, którą porzucił we wczesnej młodości). Pominięcie tej postaci wydaje mi się ogromnym błędem.

Rozumiem, że autorzy scenariusza i reżyser mieli do dyspozycji ogrom materiału i musieli dokonać selekcji spośród wielu faktów, osób i aspektów życia twórcy Władcy pierścieni. Podejmując się nakręcenia biografii takiego człowieka, jakim był profesor Tolkien, powinni jednak umieć obiektywnie osądzić, co należy pokazać, a co jest mniej istotne. Wybór, jaki został dokonany w przypadku filmu Karukoskiego, świadczy albo o niepełnym zrozumieniu charakteru osoby i twórczości Tolkiena (co wydaje się bardzo dziwne przy tak łatwym dostępie do wielu źródeł), albo o świadomym pominięciu aspektu religijności. Nie chcę iść dalej w przypuszczeniach, co było przyczyną takiego wyboru, jednak mając za sobą lekturę Listów Tolkiena i kilku opracowań na temat pisarza, jestem po prostu rozczarowana, że całkiem dobra koncepcja filmowej biografii, zrealizowana na wysokim poziomie estetycznym i artystycznym, pomija integralny element osobowości głównego bohatera.

Mimo wszystko obraz Karukoskiego zaliczam do dobrego kina, przede wszystkim ze względu na dobrą narrację, autentyczne role i walory wizualne oraz muzyczne. Co więcej – jestem wdzięczna twórcom za to, że sprowokowali mnie do sięgnięcia po opracowania dotyczące Tolkiena i że mogłam po wielu latach zagłębić się w filologiczną refleksję na temat twórcy i procesu twórczego. Nade wszystko jednak cieszy mnie fakt, że życie i literatura Johna Ronalda Reuela Tolkiena wciąż fascynuje czytelników i stanowi inspirację dla kina.

Ocena filmu: 7/10

Źródła:

  1. M. Błażejewski, J.R.R. Tolkien. Powiernik Pieśni, Phantom Press 1993;
  2. J. Pearce, Tolkien. Człowiek i mit, tłum. J. Kokot, Poznań 2001;
  3. J.R.R. Tolkien, Listy, oprac. H. Carpenter, tłum. A. Sylwanowicz, Warszawa 2010.

____________________________________

Instagram: @anna_jozefiak_klub_filmowy
Twitter: @klubfilmowy
____________________________________

 

Dodaj komentarz