„Valerian i Miasto Tysiąca Planet” – recenzja muzyki Alexandre’a Desplata Muzyka filmowa, Recenzje muzyki filmowej

Wybór Alexandre’a Desplata na autora ścieżki dźwiękowej do filmu Luca Bessona Valerian i Miasto Tysiąca Planet zdziwił mnie przynajmniej z dwóch powodów.

Po pierwsze, francuski reżyser ma już swojego ulubionego kompozytora, z którym współpracował przy 15 filmach. Tu i ówdzie pojawiały się głosy, że Éric Serra, bo o nim mowa, świetnie sprawdziłby się w roli twórcy muzyki do najnowszego obrazu Bessona. Po drugie – dla mnie Alexandre Desplat to autor muzycznych ilustracji do takich filmów, jak: Dziewczyna z perłą, Jak zostać królem, Gra tajemnic, Grand Budapest Hotel czy Światło między oceanami. Cechą wspólną tych ścieżek, a jednocześnie znakiem rozpoznawczym twórczości kompozytora (w moim pojęciu) jest subtelność brzmienia, melodyjność i rozpoznawalność motywów. Sam Desplat wydał mi się zbyt wrażliwy i delikatny w zderzeniu z komiksowym światem opartym na dynamicznej akcji i wizualnych fajerwerkach. Okazało się jednak, że Luc Besson wybrał właściwego artystę, ponieważ Desplat świetnie odnalazł się w konwencji science-fiction, przemycając do jej świata swój charakterystyczny styl.

W dwupłytowym wydaniu CD podzielono ścieżkę dźwiękową na utwory instrumentalne i piosenki.

To był bardzo dobry pomysł, ponieważ pasujące do poszczególnych scen utwory wokalne (m.in. genialny Space Oddity Davida Bowiego z prologu czy We Trying to Stay Alive Wyclefa Jeana) wytrącają ze skupienia podczas słuchania muzyki Desplata. Taka „przemieszana” tracklista dostępna jest w wydaniu cyfrowym (np. w serwisie Spotify) i w nieco zmienionej postaci na analogu (również w wydaniu dwupłytowym). Bardzo źle się jej słucha. Muzyka instrumentalna jest bowiem na tyle interesująca, że nie godzi się jej przerywać!

Alexandre Desplat podarował filmowej historii Valeriana i Laureline dojrzałą warstwę muzyczną, która nie tylko wzbogaca emocje podczas seansu, ale przywołuje je na powrót podczas słuchania płyty.

Utworem, który zapada w pamięć już po pierwszym przesłuchaniu, jest Pearls on Mul. Od samego początku wybrzmiewają w nim – tak typowe dla Desplata – delikatne dźwięki fortepianu i fletów, rozwijane przez łagodne smyczki, kreujące w wyobraźni arkadyjski obraz krainy szczęśliwej. Poranek na planecie Mul to jedna z najpiękniejszych sekwencji, jakie widziałam w tym roku na ekranie. Swój urok zawdzięcza ona nie tylko wizualnej maestrii, ale i właśnie muzyce. Prawie ośmiominutowy utwór, otwierający album, koi zmysły i pozwala się rozmarzyć. W połowie jednak nabiera dramatycznego charakteru, ponieważ staje się ilustracją obrazów zagłady planety, potęgując przerażenie ginących mieszkańców i tej garstki, która przeżyła.

Mimo że (jak już wspomniałam) twórczość Desplata kojarzę raczej z subtelną liryką, w Valerianie znajdziemy takie fragmenty, które są godne porównania z muzyką Williamsa z Gwiezdnych wojen.

Mam tu na myśli zarówno wyrazistość dźwięku, który przebija się przed obraz, jak i bogactwo aranżacji. Do takich utworów zaliczyłabym choćby Flight Above the Big Market (z pustynnym akcentem), Bus Attack, Fishing for Butterflies czy Spaceship Chase. Absolutnie wyjątkowym brzmieniem charakteryzuje się natomiast niepokojący temat Medusa. Do egzotycznej stylistyki powraca Desplat w kompozycji Le souper du Roi. Są jeszcze dwie szczególne melodie: kameralna, przepełniona smutkiem Bubble (należąca do postaci odgrywanej przez Rihannę) oraz równie nostalgiczna, ale rozpisana na całą orkiestrę The City of 1000 Planets. 

Nie bez powodu wymieniam poszczególne tytuły, które zwracają na siebie uwagę.

Ich liczba świadczy bowiem o tym, że muzyka stanowi zróżnicowaną ilustrację, która brzmi dobrze zarówno w wydaniu lirycznym, jak i dynamicznym. Alexandre Desplat potrafił nadać obu typom kompozycji unikalny charakter, dzięki czemu ścieżka dźwiękowa nie jest monotonna, zaś do wielu melodii chcemy powrócić.

Niektórzy recenzenci zauważają na ścieżce dźwiękowej brak tematów poświęconych głównym postaciom czy tematu miłosnego.

Nie wiem, czy należy traktować tę kwestię jako wadę projektu Desplata. Prawdą jest, że zazwyczaj główne postaci filmowe posiadają swój motyw, dzięki któremu widz wie, że w chwili, gdy słyszy określoną melodię, powinien myśleć o konkretnym bohaterze. Ani jednak duet stworzony przez Valeriana i Laureline nie należy do najciekawszych (głównie z winy Cary Delevingne), ani nikomu nie trzeba tłumaczyć, że w centrum uwagi powinni znajdować się właśnie kosmiczni agenci, których związek z góry skazany był na powodzenie.

W kompozycjach napisanych do filmu o przygodach Valeriana słychać wyraźnie muzyczny podpis francuskiego twórcy.

Uniknął on bowiem zarówno zapożyczeń z innych filmów Bessona (co mogłoby się zdarzyć, gdyby chciał na siłę dopasować się do stylistyki reżysera), jak i z hollywoodzkich adaptacji komiksowych, które – mimo wielu ciekawych ścieżek – nie są wolne od wzajemnych wpływów. Desplat pozostał Desplatem (w najlepszym znaczeniu!), a do tego dokonał rzeczy z mojego punktu widzenia niemożliwej. Sprawił mianowicie, że chętnie usłyszałabym jego kompozycje w amerykańskim kinie superbohaterskim (co do niedawna wydawało mi się absurdem!). Wyobrażacie sobie Avengersów lub Wonder Woman z ilustracją Alexandre’a? Bo jak od dzisiaj tak!

(Okładka płyty: Film Music Reporter)

POLECANE:

„Valerian i Miasto Tysiąca Planet” Luca Bessona – recenzja

_____________________________________

Instagram: @klubfilmowy
Twitter: @klubfilmowy
Pinterest: Klub Filmowy Obraz i Dźwięk
_____________________________________

Dodaj komentarz