We all are Groot – czyli o „Strażnikach Galaktyki vol. 2” Filmy

Nie mam pojęcia, dlaczego tak bardzo zależało mi na obejrzeniu drugiej części filmu, który w pierwszej odsłonie ani szczególnie mnie nie rozbawił, ani nie wzruszył. Winię za to głównie strategię marketingową Marvela, która wywołała we mnie gwałtowną potrzebę zamówienia biletów na premierowy seans i zakupienia kubka z figurką Małego Groota (dla córeczki oczywiście, bo przecież nie dla mnie).

Okazało się jednak, że Strażnicy Galaktyki vol. 2 należą do tej nielicznej grupy filmów, których sequele są dużo lepsze od swoich poprzedników.

Nie liczcie w tym miejscu na głęboką analizę filmoznawczą. Film Jamesa Gunna to nic więcej jak tylko kanonada ciętych ripost, szalonych efektów wizualnych oraz dźwiękowych fajerwerków. Szukam innego stwierdzenia niż „ostra jazda bez trzymanki”, ale jakoś nie mogę znaleźć bardziej trafnego określenia na to, co oglądamy przez 2 godziny i 16 minut, do ostatniej sekundy napisów końcowych (ani przez chwilę nie czując nudy). Na próżno poszukiwać będziemy tu logiki, głębi psychologicznej postaci czy szlachetnego przesłania. I całe szczęście! Poziom absurdu zaprezentowany na ekranie jest tak wysoki, że aż przekonujący. I staje się on taki już w pierwszej scenie, gdy oglądamy roztańczone drzewko (a właściwie sadzonkę), wykonujące akrobacje na tle walczących z bestią strażników, których kamera wyraźnie i bezczelnie lekceważy.

Niedopasowanie charakterów, wzajemna niechęć i absolutny brak dyscypliny czynią z członków drużyny zespół tyleż niedorzeczny, co skuteczny. Star-Lord (kryjący tajemnicę swego pochodzenia), Gamora (chyba najbardziej odpowiedzialna ze wszystkich), Drax (szczery do bólu właściciel najgłośniejszego w galaktyce śmiechu), Rocket (zakompleksiony szop) i Mały Groot (słodki, uroczy, milusi drewniaczek…) – to ekipa, która wbrew logice potrafi ze sobą współpracować i obronić (po raz kolejny) wszechświat.

Wartkie dialogi aż kuszą, by pójść jeszcze raz na seans – tym razem z notatnikiem i ołówkiem. Warstwa muzyczna zaś – zarówno w wersji instrumentalnej, jak i wokalnej – skłania do zaopatrzenia się w oba albumy. Soundtrack z piosenkami z filmu (głównie zawierający przeboje z lat 80.) będzie chyba jedną z najlepszych składanek filmowych tego roku. Aż się prosi, by wydać ją na kasecie magnetofonowej (załączając do każdego egzemplarza po jednym walkmanie)!

Być może komuś nie spodoba się spowolnienie akcji w drugiej części filmu, gdy poznajemy potężnego Ego. Być może niektórzy zmieniliby koncepcję losów Yondu (czego ja bym jednak nie zrobiła). Wszystkich jednak z pewnością rozbawiło wprowadzenie wątku Davida Hasselhoffa (!), Sylwestra Stallone’a i Tasak-Mana. Ciekawym pomysłem wydaje się też być lekko dramatyczny rys postaci Nebuli, która być może stanie się w kolejnej części ważną bohaterką, nadającą tempo akcji filmu (vol.3). No i oczywiście nie mogło zabraknąć Stana Lee w typowym dla siebie autoironicznym wystąpieniu. Ja zaś najbardziej pokochałam Małego Groota, który dzięki doskonałej animacji jest po prostu przesłodki i rozczulający (czego dowodem były odgłosy rozlegające się na sali, gdy tylko roślince działa się jakaś krzywda lub gdy Mały Groot stawał się senny)!

Strażnicy Galaktyki vol. 2 to świetne kino rozrywkowe, posiadające zarówno wszystkie zalety, jak i wady tego gatunku. Tym razem jednak te dobre cechy zdecydowanie przeważają nad niedociągnięciami i sprawiają, że po seansie widz czuje się tak, jakby zamiast dużego kubka pepsi wypił napój z podwójną dawką endorfin. A przecież każdy z nas czasem tego potrzebuje, prawda?

I jak zawsze w najnowszych filmach Marvela (z wyjątkiem ostatniej odsłony filmu o losach pewnego rosomaka) warto zostać w sali kinowej do ostatniej sekundy napisów końcowych! Obowiązkowo!

(Plakat: https://www.facebook.com/guardiansofthegalaxy/photos)

Ocena: 9/10

_____________________________________

Instagram: @klubfilmowy
Twitter: @klubfilmowy
Pinterest: Klub Filmowy Obraz i Dźwięk
_____________________________________

Dodaj komentarz