Woody, czas na przerwę… (recenzja filmu „Śmietanka towarzyska”) Filmy

smietankatowarzyska-plakatpl1Jest późny wieczór. W tle gra muzyka z najnowszego obrazu Woody’ego Allena Śmietanka towarzyska. Jest to jeden z nielicznych składników filmu, który zasługuje na pochwałę. Bo w gruncie rzeczy po raz kolejny Allen mnie rozczarował. Pozwólcie jednak, że zacznę od początku, czyli od tego, czym ten film mógłby być (a nie jest).

Śmietanka towarzyska podejmuje znany skądinąd wątek środowiska hollywoodzkich artystów i agentów z lat trzydziestych minionego wieku. Obserwujemy życie znanych aktorek, scenarzystów i ludzi, którzy chcą zarobić jak najwięcej na ich talencie. Widzimy piękne suknie, doskonałe twarze i wnętrza urządzone ze smakiem. Piękne zdjęcia nakręcone przez Vittorio Storaro* (włoski operator pracował przy Czasie Apokalipsy!) są przesycone słońcem, zyskując ciepłą barwę sepii, jakby sugerowały, że wszystko, co się dzieje na ekranie, jest ulotnym i nierealnym snem lub bajką, która wydarzyła się dawno, dawno temu. Mogła to być urocza, słodko-gorzka opowieść o marzeniach i rozczarowaniach.

Czar jednak szybko pryska. Parady gości w nocnym klubie, kolejne rauty i spacery po bogatych posiadłościach zacierają się jak kolory w kadrach. Poza głównymi postaciami nie rozróżniamy ludzi, którzy pojawiają się na pierwszym czy drugim planie. Typowe charaktery zaś bardzo szybko tracą zainteresowanie widza – właśnie z tego powodu, że już je kiedyś widzieliśmy. I na nic się zdały aktorskie starania. Jesse Eisenberg może jeszcze mnie przekonuje jako nieśmiały i nieporadny chłopak z Bronxu, jednak poza zmianą garderoby niczego więcej w swojej postaci nie modyfikuje, choć mamy odbierać Bobby’ego jako człowieka odrodzonego do życia w nowym lepszym świecie. Kristen Stewart w roli skromnej sekretarki jest urocza, ale już jako femme fatale nie sprawdza się wcale… Jedynie Steve Carell tworzy bardziej interesującą kreację, choć częściej sięga po parodię niż po zabiegi urealniające jego postać. Do żadnego z bohaterów nie możemy się przywiązać. Nie cieszymy się z ich sukcesów, nie współczujemy, gdy spotka ich coś złego, nie troszczymy się o ich pomyślność.

Ktoś mógłby powiedzieć, że taki efekt był zamierzony – skoro nie możemy ich kochać ani nienawidzić, to pozostajemy wobec nich obojętni. Nawet jeśli tak wyjaśnimy brak zaangażowania widza w historię towarzyskiej śmietanki (podobnie jak prostej rodziny z Nowego Jorku), to nadal będziemy czuli niedosyt. Przecież znając zmysł obserwacji Allena, jego skłonność do stosowania trafnej ironii i umiejętność pisania błyskotliwych dialogów, powinniśmy otrzymać galerię żywych, autentycznych postaci, które albo nas zachwycą, albo do siebie zniechęcą. Zamiast tego mamy tłum niewyróżniających się niczym osób, które wywołują potok bezsensownych rozmów, zupełnie pozbawionych treści i dowcipu. Między nimi zaś zza kadru włącza się co chwilę natrętny głos narratora (samego Allena), który komentuje wszystko to, co widzimy – mówiąc tak, jakbyśmy mieli zamknięte oczy. Czy naprawdę egocentryzm reżysera osiągnął już skrajność?

Allen miał szansę stworzyć świetną satyrę na środowisko celebrytów. Co więcej – miał doskonałą możliwość zakreślić liczne analogie między przeszłością a teraźniejszością. Przecież niewiele się zmieniło w tamtym świecie. Każda satyra powinna jednak opierać się na wyrazistych postaciach i cechować się powściągliwością w tłumaczeniu zjawisk, aby inteligentni odbiorcy (za których się uważamy, prawda?) sami wychwycili aluzje i intencję autora. Reżyser Śmietanki nie był chyba do końca pewien, czy jego przekaz jest jasny, skoro co chwilę wtrącał swoje komentarze, które mogły być ozdobą, lecz stały się niemiłym i zbędnym dodatkiem.

Płaska ironia i stępiony dowcip, zbyt wiele nieistotnych słów, brak romantyzmu tam, gdzie mógłby on zachwycić (w takich pięknych kadrach i z taką muzyczną ilustracją!), płytkie postaci i nijakość – to moje zarzuty wobec najnowszego dzieła Woody’ego Allena. Wielbiciele reżysera byś może właśnie za taką konwencję go kochają. Tworzy on świat sztuczny, wypełniony pustymi rozmowami i nieostrym humorem. Czy właśnie tak postrzega on naszą rzeczywistość? Może ta „bylejakość” bohaterów ma zwrócić naszą uwagę na to, że my też tacy jesteśmy, niezależnie od tego, czy pochodzimy z Bronxu, czy mieszkamy w Hollywood. Jeśli to jest przyczyna kręcenia takich a nie innych filmów przez Allena, to niech tak będzie. Pozwólcie jednak, że nie dam się przekonać do takiej wizji świata. Wolę postaci z krwi i kości, autentyczne i znające umiar w liczbie wypowiadanych słów.

Woody Allen powinien chyba zrobić sobie przerwę i ponownie przestudiować zasady konstruowania charakterów postaci? A może lepiej niech nie spieszy się z kolejnym filmem i zamiast serwować nam nowe dzieło w odstępie roku od poprzedniego, poczeka dwa – trzy lata i dopracuje swoją koncepcję reżyserską?

Jedynym pocieszeniem – i argumentem za pójściem do kina na Śmietankę towarzyską (poza wizualną ucztą) – jest jazz. Ukochany gatunek Allena sprawia, że rozpływamy się w dźwiękach, czujemy ich ciepło i aksamitne brzmienie. Muzyka, jaką słyszymy, często wypływa z kadru – dzieje się tak najczęściej w scenach z nocnego klubu. Razem z bohaterami dajemy się ukołysać jazzowej kapeli. A po chwili żałujemy, gdy po tej krótkiej przerwie ktoś znowu zaczyna mówić…

(Plakat – materiały dystrybutora KINO ŚWIAT)

Ocena: 4/10

_____________________________________

*Podczas 20. edycji festiwalu Camerimage w Bydgoszczy gościem specjalnym był właśnie Vittorio Storaro, autor zdjęć do najnowszego filmu Woody’ego Allena. O tym, co podczas spotkania z widzami mówił operator na temat swoich inspiracji i metod pracy, przeczytacie  w artykule Vittorio Storaro – operator intelektualista.

_____________________________________

Instagram: @klubfilmowy
Twitter: @klubfilmowy
Pinterest: Klub Filmowy Obraz i Dźwięk
_____________________________________

 

Dodaj komentarz