„Zwierzęta” Grega Zglinskiego – recenzja Festiwale, Filmy, Transatlantyk

Greg Zglinski, autor takich filmów, jak Cała zima bez ognia czy Wymyk, tym razem zadaje nam zagadkę nie do rozwiązania. Nie martwi nas jednak to, że nie znajdziemy jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, co widzieliśmy. Intryguje nas samo dochodzenie do prawdy i składanie kolejnych zdarzeń w logiczną całość (choć słowo „logika” może nie do końca jest na miejscu).

Zacznijmy jednak od początku.

Autorem pierwotnego scenariusza filmu jest Austriak Jörg Kalt. Jakiś czas po jego samobójczej śmierci w 2007 roku (artysta chorował na schizofrenię) realizacji scenariusza podjął się właśnie Greg Zglinski. Za zgodą brata Kalta wprowadził on pewne zmiany do tekstu. Jak stwierdził podczas spotkania z publicznością na festiwalu Transatlantyk, starał się zachować oryginalną formę scenariusza, jednak uprościł nieco fabułę i połączył wątki, które w pierwotnej wersji nie splatały się tak ściśle. Zmiany wprowadzone przez Zglinskiego sam reżyser szacuje na 25-30%. Trudno stwierdzić, jak właściwie wyglądała pierwsza wersja tej historii, jednak efekt końcowy jest rewelacyjny. Dowodem na to jest fakt, iż światowa premiera tego filmu odbyła się w tym roku podczas 67. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Berlinie w sekcji Berlinale Forum.

Oto obserwujemy małżeństwo, które dotyka kryzys. Anna i Nick zamierzają wyjechać na pół roku do Szwajcarii. Ona ma pisać książkę (o tym, jak żona chce zabić męża), zaś on – jako że jest szefem kuchni – planuje zapoznać się z lokalnymi przepisami kulinarnymi. Jest jeszcze Andrea, sąsiadka z trzeciego piętra, a jednocześnie kochanka Nicka, oraz Mischa, dziewczyna, która ma zaopiekować się mieszkaniem podczas nieobecności małżonków (a wygląda dokładnie jak Andrea). Wszystko układałoby się w prostą historię, gdyby nie kilka drobnych zdarzeń, które zaczynają nas niepokoić. Pewność, że nie wszystko jest w porządku, zyskujemy wkrótce po wypadku, w którym samochód Nicka i Anny zderza się z owcą stojącą na szosie.

Zglinski w niezwykle sprawny i konsekwentny sposób łączy w swoim filmie elementy różnych konwencji. Sięga po niewymuszony humor, potrafi nas przestraszyć jak w klasycznym horrorze, buduje napięcie jak w thrillerze, bawi się montażem, czasem i przestrzenią, i wprowadza groteskę z domieszką fantastyki. Wszystko to ujmuje w oniryczną koncepcję rzeczywistości, która może wyglądać inaczej z różnych punktów widzenia. Wydawać by się mogło, że taka mieszanka wywoła w widzu poczucie przesytu, graniczące z kiczem. Nic bardziej mylnego! Coraz mocniej zaintrygowani tajemnicą, jaką rysują przed nami kolejne zdarzenia, dajemy się ponieść wyobraźni i próbujemy ustalić, co wydarzyło się naprawdę, a co jest tylko projekcją w (czyjej?) głowie. Co stało się faktycznie, a co jest zapowiedzią przyszłości? I czy ta przeszłość i przyszłość w ogóle istnieje? I kto istnieje, a kogo nie ma? Gdzie jest „tu” i „teraz”?

Na pewno nie ma tu bałaganu. Jest za to wyraźnie odczuwalna obecność reżysera, który doskonale wie, co chce pokazać w kolejnych scenach. Choć Zglinski nie chciał zdradzić, jakie jest przesłanie filmu i co jest prawdą, a co wymysłem bohaterów, to myślę, że doskonale wiedział, co robi. Inaczej nie otrzymalibyśmy tak spójnej, a jednocześnie tak pogmatwanej historii. Próba interpretacji Incepcji Nolana to bułka z masłem w porównaniu z tym, co zaserwował nam Zglinski… Sprawdza się zatem to, co powiedział reżyser podczas spotkania z widzami po seansie: „Tworzenie filmu to jak pisanie muzyki.” To prawda: każda nuta jest tu na swoim miejscu.

Skoro o muzyce mowa, to warto wspomnieć, że kompozycje, które słyszymy w filmie Zwierzęta, napisał Bartosz Chajdecki. Ze względu na charakter historii, warstwa dźwiękowa służy przede wszystkim podtrzymywaniu napięcia w scenach, w których wraz z bohaterami przeczuwamy coś złego bądź niezwykłego. Co prawda nietrudno mnie wystraszyć w kinie, jednak muzyka zdecydowanie przyczyniła się do zbudowania klimatu niepokoju (choćby w pierwszej scenie, w której widzimy tunel drogowy z perspektywy kierowcy), a nawet tajemniczości i grozy (na przykład w scenach przy zamkniętych drzwiach). Kiedy indziej muzyka ma lżejsze brzmienie, dając nam chwilę oddechu – choćby podczas gry w „zwierzęta”. Muzyka Chajdeckiego bardziej niż na melodii opiera się na samplach, z wykorzystaniem saksofonu, fagotu, skrzypiec i wiolonczeli. Muzycznie udzielał się tu również sam reżyser, wykonując partie gitarowe. Kompozycje, choć nieliczne, harmonijnie zrastają się z obrazem, intensyfikując emocje widza.

Inspiracją do napisania scenariusza była dla Jörga Kalta litografia M. C. Eschera Relativity. Być może ta informacja będzie kluczem do rozwikłania zagadki życia Anny i Nicka, choć sam reżyser w jednym z wywiadów stwierdził, że tej łamigłówki rozwiązać się nie da. Można jednak próbować. Czy chodzi o to, że nasza rzeczywistość może mieć różne przejawy, w zależności od punktu widzenia? Czy scenariusz jest próbą okiełznania dotkniętego przez chorobę umysłu, który popada w obłęd? Jakkolwiek by nie interpretować filmu Zglinskiego, trzeba zgodzić się z jednym – jest to jeden z najbardziej intrygujących i najlepiej zrealizowanych filmów, jakie ostatnio widzieliśmy. Dotyczy to nie tylko konstrukcji fabuły, ale i gry aktorskiej, montażu, zdjęć i muzyki. Słowem: Zwierzęta to małe arcydzieło, do którego z pewnością wrócę, by śledzić kolejne tropy i być może odkryć, o co tak naprawdę chodzi.  I kim jest czarny kot mówiący po francusku. Bawić się przy tym będę wyśmienicie!

Ocena filmu: 8/10

_____________________________________
Instagram: @klubfilmowy
Twitter: @klubfilmowy
Pinterest: Klub Filmowy Obraz i Dźwięk
_____________________________________

Dodaj komentarz