FILMY,  MUZYKA FILMOWA

ENNIO Giuseppe Tornatore

W dwa lata od śmierci Ennia Morrcione jego muzyka powraca w słowach swojego Twórcy, który poświęcił jej całe życie.

Kiedy podczas koncertu w 2015 roku w Krakowie Ennio Morricone wystąpił przed kilkoma tysiącami słuchaczy, dyrygując 85-osobową orkiestrą i 75-osobowym chórem, nie powiedział ani słowa. Milczący Mistrz usunął się na drugi plan, ustępując miejsca stworzonej przez siebie muzyce, która w najdoskonalszy sposób opowiadała o nim samym.

W filmie Giuseppe Tornatore Maestro jednak przemówił. Nawet więcej! Siedząc w fotelu w swoim gabinecie, ubrany w czerwony sweterek z kołnierzykiem, śpiewał, grał, stukał, trąbił; bawił i wzruszał. I wzbudził w widzach tęsknotę za swoimi melodiami, choć sam za melodią nie przepadał. Twierdził, że kombinacje melodyczne już się nam wyczerpały i trzeba szukać innych rozwiązań.

Ennio o sobie

Być może dlatego – mimo surowego klasycznego wykształcenia – od samego początku eksperymentował z dźwiękiem. Uczył się w konserwatorium podstaw muzyki i kompozycji, a jednocześnie szukał własnej drogi. Poznawał harmonikę, a równolegle ubarwiał partytury, wprowadzał modyfikacje i próbował przełamywać istniejące zasady.

Ta niepokorność miała dwojaki skutek – otwierała kompozytorowi drogę do popularności i uznania w świecie muzyki rozrywkowej, gdy w nowatorski sposób aranżował piosenki, a jednocześnie wzbudzała w nim ogromne poczucie winy. Czuł, że zdradza swoich pedagogów i klasyczne wykształcenie, zwłaszcza gdy coraz częściej pracował przy filmach.

Przez długi czas do tego stopnia wstydził się zaangażowania w pisanie muzyki filmowej, że przy pierwszych filmach posługiwał się pseudonimem, nie dzielił się też informacją o kolejnych angażach kinowych z nauczycielami. Miał poczucie, że praca kompozytora filmowego uwłacza godności poważnego muzyka.

To rozdarcie odczuwał niemal przez całe życie. Sam zresztą mówił, że ma dwie twarze. Nie potrafił zrezygnować ani ze ścieżki, jaką wyznacza muzyka klasyczna i eksperymentalna, ani z kina (choć wielokrotnie się zarzekał, że je porzuci).

Napisał muzykę do niemal 500 filmów, wykonał aranżacje do mnóstwa piosenek, jest też autorem utworów symfonicznych i dzieł zaliczanych do gatunku muzyki absolutnej. I łączył cechy tych odmiennych światów, zapożyczając do włoskich westernów fragmenty utworów Bacha czy Strawińskiego, a jednocześnie wprowadzając oryginalne rozwiązania do własnych utworów opartych na klasycznych wzorcach.

I układał te nuty-cegiełki, budując swoje katedry – tak pięknie o twórczości Morricone powiedział jeden z rozmówców.

Inni o Enniu

W filmie mówi nie tylko bohater dokumentu. Jego opowieści o dzieciństwie, początkach kariery i artystycznych wyborach stanowią sedno filmu Tornatore. Jednak reżyser uzupełnia tę osobistą perspektywę kompozytora spojrzeniem z zewnątrz – z punktu widzenia kolegów i współpracowników: piosenkarzy, reżyserów i innych kompozytorów.

Tornatore zachował doskonałą proporcję w wypowiedziach europejskich i hollywoodzkich filmowców, odpowiadającą zaangażowaniu kompozytora w oba te środowiska. Najwięcej o Morricone mają do powiedzenia włoscy twórcy – Sergio Leone, Marco Bellocchio, Bernardo Bertolucci czy Dario Argento. Jest także Alessandro de Rossa – kompozytor, który przeprowadził fascynujący wywiad-rzekę z mistrzem (rozmowa została wydana w formie książki pt. Ennio Morricone. Moje życie, moja muzyka. Autobiografia, Wyd. WAM, Kraków 2018).

O Morricone przed kamerą mówi też Hollywood: m.in. Quentin Tarantino, John Williams, Hans Zimmer i Roland Joffé, który był świadkiem narodzin jednej z najpiękniejszych muzycznych ilustracji, jakie stworzył Morricone. Tuż przed angażem do prac nad Misją Ennio chciał na dobre porzucić kino. Zamiast tego stworzył wybitne dzieło, mające złożoną strukturę formalną (niespotykane połączenie motetu wywodzącego się z XIII wieku, muzyki etnicznej oraz melodyjnego tematu na obój) i porażającą moc oddziaływania na emocje.

Niewdzięczny upragniony Oscar

I chyba tylko członkowie Amerykańskiej Akademii Filmowej nie poznali się na geniuszu włoskiego kompozytora. Podczas gali oscarowej w 1987 roku zamiast nazwiska Morricone pada nazwisko Herbiego Hancocka, cenionego pianisty jazzowego, którego muzyka do filmu Około północy, choć ciekawa, w dużej mierze składa się z napisanych wcześniej utworów i w żadnym zakresie nie dorównuje arcydziełu, jakim jest Misja. Morricone opuścił salę, a Akademia trzykrotnie próbowała naprawić swój błąd (nominując muzykę z Nietykalnych, Bugsy’ego i Maleny) – bez skutku.

Dopiero w 2007 roku Ennio Morricone odebrał z rąk Clinta Eastwooda „swoją upragnioną nagrodę” – honorowego Oscara „za wspaniały i wielopostaciowy wkład w sztukę muzyki filmowej”. A w 2016 roku Morricone ponownie odbiera statuetkę – tym razem za Nienawistną ósemkę Quentina Tarantino.

My Life in Music

My Life in Music to tytuł europejskiej trasy koncertowej zaplanowanej z okazji 50-lecia pracy twórczej Ennia Morricone. Jednym z przystanków na tej trasie był właśnie Kraków. W walentynkowy wieczór 2015 roku Morricone nie odezwał się ani słowem. Brakowało mi wtedy jego głosu. Jego komentarzy i jego uwagi. Później doszłam do wniosku, że może właśnie tak powinno być: wybitny kompozytor nie potrzebuje słów. On mówi o sobie poprzez swoją muzykę, bo całe jego życie jest zawarte w NIEJ.

Giuseppe Tornatore, z którym Ennio współpracował przy 12 filmach, w dokumencie skupił się na esencji życia włoskiego kompozytora – właśnie na jego muzyce. Jeśli dzieciństwo, to nauka w konserwatorium; jeśli pierwsze angaże, to przy piosenkach i filmach; jeśli kłótnie i awantury z reżyserami, to o dźwięk oboju w scenie lub o oryginalność kompozycji w filmie; jeśli miłość, to taka na całe życie, gdy ukochana żona staje się pierwszym odbiorcą i recenzentem każdego nowego dzieła.

Morricone nie dał zresztą powodów, by jego biografię ubarwiać sensacjami. Ale był przecież człowiekiem, miał swoje humory i kaprysy – wszystko to jednak reżyser ujmuje w kontekście muzyki. I fragmentami jego utworów ilustruje każdą opowieść.  

Bo muzyka wypełniała życie Morricone. Ktoś powiedział nawet, że muzyka wypełniała samego Ennia – a on tak nad nią panował, że tworząc, sięgał „w siebie” i wyjmował to, co w danym momencie jest najlepsze. Miał dźwięk na wyciągnięcie ręki.

Dwa lata bez Mistrza…

Dobrze, że Giuseppe Tornatore opowiedział o swoim Przyjacielu. I że oddał mu głos. Po 2 latach od jego śmierci możemy nareszcie zobaczyć i usłyszeć, z jaką pasją, miłością i oddaniem Ennio opowiada o komponowaniu; jak mówi całym sobą, gestykuluje, wzrusza się i żartuje.

A przywołując kolejne tytuły filmów, przy których pracował, kreśli nie tylko ścieżkę swojej kariery, ale opisuje też współczesną historię kina europejskiego i światowego. Bo przecież był on nie tylko jej świadkiem i odbiorcą, ale też świadomym twórcą, wyznaczającym nowe rozwiązania na gruncie muzyki filmowej, które nierzadko wpływały na rozwój i postrzeganie tego gatunku nie tylko przez kompozytorów, ale też przez środowisko filmowców i widzów.

I jeszcze jedna z ostatnich wypowiedzi Mistrza z pięknego filmu Tornatore:

A wszystko zaczyna się od pustej kartki, leżącej przed kompozytorem… Co na niej umieścić? Powstaje myśl, którą trzeba dokończyć… Ale nie wiadomo, jak…

Ennio Morricone wiedział…


Relację z krakowskiego koncertu Ennia Morricone znajdziecie TUTAJ.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.