FILMY

„Joy” – recenzja filmu

Joy2Gdy myślę o najmocniejszym filarze filmu Joy Davida O. Russella, nasuwa mi się tylko jedno słowo – Lawrence. To ona jest osobą, dzięki której najnowszy obraz twórcy Pamiętnika pozytywnego myślenia i American Hustle staje się emocjonującą i wiarygodną historią. Co fascynującego bowiem może w sobie mieścić opowieść o kobiecie mającej – delikatnie mówiąc – niepoukładane życie, która wynajduje samowyciskający się mop i próbuje zaistnieć jako liczący się na rynku przedsiębiorca? Gdyby nie moja determinacja, by po raz ostatni dać szansę Jennifer Lawrence i zrozumieć jej „fenomen”, seans Joy pominęłabym beż żalu. Dziś jednak wiem, że byłby to błąd.

Ustalmy na początku: fenomenu aktorki nagrodzonej Oscarem za rolę w Pamiętniku… nadal nie rozumiem. Choć sam film z 2012 roku obejrzałam z ogromną przyjemnością i zapewne nie raz do niego wrócę, gra Lawrence u boku Bradleya Coopera nie wydała mi się ani szczególnie przejmująca, ani wyjątkowo wymagająca – a na pewno nie na miarę Oscara. Tym razem kreacja postaci Joy przypomniała mi raczej występ Lawrence sprzed sześciu lat w dramacie Do szpiku kości (2010). Przyjmijmy to porównanie za przejaw uznania. Uparcie twierdzę jednak, że słowo „fenomen”, z którym spotkałam się kilka razy w odniesieniu do aktorki, jest nadużyciem.

Główna bohaterka, mająca skomplikowaną sytuację rodzinną i wątpliwe perspektywy na przyszłość, za namową babci powraca do realizacji swoich marzeń i walczy o prawo do bycia sobą. Obserwujemy kolejne etapy rodzenia się samoświadomości Joy i dojrzewania do życiowych decyzji. Kolejne porażki i sukcesy, które bez końca mnożą się na drodze do celu, Joy początkowo przyjmuje ze spokojem. W krytycznych sytuacjach jednak potrafi dać upust emocjom i pokazuje najbliższym, że ona również ma uczucia i że zbyt długo chłonęła cudze nieszczęścia, by nadal udawać, że nic złego z nią się nie dzieje. Gdy zaś bierze sprawy w swoje ręce, potrafi być groźna i bezwzględna – oczywiście w granicach rozsądku. Lawrence umiejętnie wyzwala w sobie emocje o różnych barwach. Wierzę jej, gdy jest spokojna, choć ja już dawno bym wybuchła. Rozumiem, gdy zaczyna krzyczeć i domagać się sprawiedliwego traktowania. Wiem, że nie może dłużej panować nad emocjami. W finale zaś – jakby w ostatnim stadium dojrzewania postaci – czuję, że Joy nie ugnie się przed nikim i że dotychczasowe doświadczenia uczyniły z niej kobietę niezłomną, dla której osiągnięcie celu jest jedynym możliwym zakończeniem jej historii.

I to właśnie najbardziej przekonało mnie w grze aktorki. Uwierzyłam w uczucia jej bohaterki. Uwierzyłam też w jej przemianę, która była bolesna, ale jednocześnie wyzwalająca. A tę wiarę z pewnością mogła wzbudzić jedynie osoba o szczególnym aktorskim talencie.

Film Davida O. Russella byłby kolejną przewidywalną historią o spełnionym american dream, gdyby nie dobre aktorstwo Lawrence, która razem z Robertem De Niro, Virginią Madsen (rewelacyjna rola matki) i Isabellą Rossellini (kreacja nieco groteskowa) stworzyła żywe i angażujące uwagę widza relacje.

Mam jeden mały zarzut pod adresem reżysera – za długo trzeba czekać na pojawienie się Bradleya Coopera… 

Ocena: 7/10

_____________________________________

Facebook: Klub Filmowy Obraz i Dźwięk
Twitter: @klubfilmowy
Pinterest: Klub Filmowy Obraz i Dźwięk
_____________________________________

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.