Festiwal Muzyki Filmowej,  FESTIWALE,  Koncerty

KRÓL LEW Z MUZYKĄ NA ŻYWO | FMF 2024

Odbiór filmu z muzyką na żywo za każdym razem jest dla mnie niezwykłym doświadczeniem. W trakcie takiego seansu bardziej bądź mniej świadomie odsuwam na drugi plan obraz i historię, a uwagę skupiam przede wszystkim na muzyce wykonywanej na scenie przez orkiestrę, chór i solistów. Zamiast wpatrywać się w wielki ekran, obserwuję poszczególnych muzyków, którzy – prowadzeni przez dyrygenta – w odpowiednim momencie wykonują swoje partie instrumentalne lub wokalne.

Filmy, które do tej pory oglądałam w takiej właśnie formie na Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie (np. Gladiator, Jak wytresować smoka, Star Trek czy Indiana Jones. Poszukiwacze zaginionej Arki), znam niemal na pamięć, podobnie jak ścieżkę dźwiękową do każdego z nich. Dzięki temu mogłam swobodnie śledzić i podziwiać pracę członków orkiestry i wsłuchiwać się w muzyczną ilustrację, nie martwiąc się o to, że umknie mi jakiś fragment fabuły.

W tym roku podczas ostatniego festiwalowego wieczoru FMF dostarczył mi wyjątkowych wzruszeń. W ogromnej hali Tauron Arena odbyła się europejska premiera wykonania muzyki na żywo do filmu Król Lew w reżyserii Rogera Allersa i Roba Minkoffa z 1994 roku.

Skąd taki pomysł na finał tegorocznego FMF-u? Otóż nietrudno się domyślić, że w tym roku mija 30 lat od premiery oscarowej animacji Walta Disneya. Lepszej okazji na projekcję filmu w tak spektakularnej oprawie nie będzie przynajmniej przez 10 kolejnych lat! A do muzyki Hansa Zimmera i piosenek autorstwa Eltona Johna i Tima Rice’a mam szczególny sentyment. Jakiś czas temu, gdy pisałam o mojej przygodzie z muzyką filmową, doszłam do wniosku, że u jej początków stał właśnie Król Lew i kompozytor muzyki:

Zanim jednak po raz pierwszy usłyszałam muzykę Zimmera, minęło kilkanaście lat od jego filmowego debiutu. To wtedy pokochałam „Króla Lwa”. Magiczne melodie wyodrębniałam najpierw z animacji oglądanej na kasecie VHS na niewielkim ekranie telewizora z kineskopem, a potem na okrągło puszczałam je z kasety magnetofonowej. Obie taśmy leżą gdzieś w przepastnych zakamarkach piwnicy, pewnie już niezdatne do odtworzenia – o ile w ogóle znalazłabym sprzęt, który mógłby je odczytać…

Muzyka z „Króla Lwa” wrosła w moje DNA. Jak się okazało, spotkanie z nią było nie tylko początkiem mojej znajomości z twórczością Hansa Zimmera. To ona jako pierwsza powitała mnie w złotych drzwiach prowadzących do świata muzyki filmowej, który do dziś mnie fascynuje.

Gdy składałam te słowa w lutym zeszłego roku, nie sądziłam, że Mufasa, Simba i Nala powrócą do mnie w tak intensywny sposób. I mogę Wam powiedzieć bez wahania, że klasyczna animacja Disneya oglądana dziś na wielkim ekranie ma taką samą siłę oddziaływania na zmysły i emocje, jak 30 lat temu. Mówię tak nie tylko jako osoba dorosła, którą łączy szczególna więź z tą rysunkową historią, ale też jako mama, która ze wzruszeniem obserwowała żywe i spontaniczne reakcje swojej 14-letniej córki oraz innych dzieci obecnych w sali. Śmiechy, okrzyki, westchnienia i autentyczne zaangażowanie świadczyły o tym, że kolejne pokolenie zakochało się w Królu Lwie – w opowieści, w bohaterach i w muzyce.

W warstwie artystycznej i technicznej realizacja koncertu musiała spełnić wysokie wymogi stawiane przez przedstawicieli Disneya. Pierwsza z nich powinna ich zadowolić, zwłaszcza jeśli mówimy o muzyce instrumentalnej. Niezawodna Orkiestra Akademii Beethovenowskiej oraz dwa chóry: Filharmonii Krakowskiej i Pro Musica Mundi pod batutą Erika Ochsnera w fenomenalny sposób wykonały kompozycje rozpisane pod animowane obrazy. Chwilami miałam złudzenie, że muzyka prezentowana jest z nagrania – tak dokładnie odtworzone zostały poszczególne fragmenty ścieżki dźwiękowej i partie chóralne.

Nie wszyscy wokaliści porwali mnie swoim wykonaniem, jednak Igor Pochwała (mały Simba), Natalia Nykiel (dorosła Nala) oraz Damian Aleksander (Pumba) i Andrzej Kozłowski (Timon) przekonali mnie do tego, że na scenie na moment pojawiły się postaci z ekranu. Wykonawcy musieli się mierzyć nie tylko z utrwalonymi w pamięci widzów wersjami, ale także z niedoskonałością techniki. Ta kwestia – zarówno podczas piosenek, jak i w trakcie całego seansu – pozostawiała duży niedosyt. Problemy techniczne sprawiły, że w piosenkach zanikał głos, a zbyt mocno ustawione nagłośnienie orkiestry zagłuszało dialogi lub niewystarczająco eksponowało brzmienie chóru, tak przecież znaczące w wielu momentach filmu. Nie wiem też, co zdarzyło się w kilku fragmentach dźwięku, które zdawały się być przypadkowo wycięte ze ścieżki (np. „ryczek” Simby w wąwozie czy głosy hien).

Techniczne niedociągnięcia nie odebrały mi jednak przyjemności z ponownego przeżywania przygód Simby i jego przyjaciół. Potęga i urok kompozycji Hansa Zimmera wciąż mają tę świeżość i moc, a ich aranżacje niezmiennie przyprawiają mnie o dreszcze. I tak jak podczas pierwszych seansów Króla Lwa przed 30 laty, również teraz do łez wzruszyła mnie finałowa scena, w której dorosły Simba po wygranym pojedynku ze Skazą słyszy, jak Rafiki mówi: „Nadszedł czas”. I gdy dumny i pewny siebie wstępuje w deszczu na Lwią Skałę, by potężnym rykiem ogłosić całemu królestwu, że oto władca powrócił. Potem zaś – wraz z piosenką Krąg życia – zamyka się muzyczna i fabularna klamra. Szkoda tylko, że nie usłyszeliśmy tekstu tej piosenki, który pojawił się w pierwotnej wersji filmu:

Odkąd los rzucił nas tu na Ziemię,
olśniewa wzrok słoneczny blask.
Jest tu więcej dróg, niż ktoś przejść by je mógł,
więcej spraw, niż ogarnąć się da.
Istnienia sens, jak pojąć, gdy
wokół nas niezbadany lśni ląd.
Ale Słońca twarz hen, w nieba lazur się pnie,
to lśniąc, to nie, nieskończony ciąg.

Refren:
Wieczny Życia Krąg, co prowadzi nas
przez rozpaczy mrok, w nadziei blask.
Aby dojść do tych dróg, własnych i pisanych,
w ten wspaniały, Wieczny Życia Krąg.

Pięknie było. Jak zawsze na FMF-ie. I podobnie jak po każdym ostatnim koncercie w danej edycji, również teraz wychodziłam z sali targana sprzecznymi uczuciami. Z jednej strony rozpierała mnie radość z przeżytych chwil, z drugiej – czułam dojmujący smutek z powodu długich 365 dni, które dzielą mnie od kolejnego Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie. Niech czas ucieka, niech nowy FMF się tworzy. A ja w tym czasie pewnie nie raz zajrzę na Lwią Skałę i wsłucham się w dźwięki afrykańskiej sawanny.

[Zdjęcia: Robert Słuszniak – materiały prasowe FMF]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *