FILMY,  NETFLIX

Marność nad marnościami… czyli zagadka twarzy Greya

Rzadko piszę negatywne recenzje, bo uważam, że jeśli coś jest słabe, to nie warto o tym mówić. Dziś zrobię wyjątek.

W końcu obejrzałam słynnych 50 twarzy Greya. Tak, tak, wiem, że wszyscy widzieli ten film w walentynki. Ja jednak wybrałam się na randkę z Ennio Morricone do Krakowa. Taki mam już gust.

Niskim poziomem realizacji filmu wcale nie jestem rozczarowana. Nic dobrego nie mogło powstać na podstawie takiej książki. „Bestseller” E.L. James ma fatalną narrację, styl i kompozycję. Pomijam oczywiście tematykę. Godzę się jeszcze na romans wampira o boskim ciele z wycofaną emocjonalnie dziewczyną z prowincji (mam oczywiście na myśli przesławny Zmierzch), jednak fascynacji chorą relacją damsko-męską już nie rozumiem. Brak motywacji w postępowaniu bohaterów (błagam, nie mówcie mi, że motywem postępowania dorosłego Greya było trudne dzieciństwo!), słabo zarysowane charaktery i mało autentyczne relacje – po prostu marny materiał literacki nie mógł mieć dobrej adaptacji.

Gdyby jeszcze było na co/na kogo popatrzeć. A tu proszę: twarz Jamiego Dornana (Christiana Greya) jakby pozbawiona mięśni mimicznych, do tego ani tajemnicza, ani pociągająca, ani atrakcyjna. Żadnych emocji, żadnych dreszczy. Zerknijcie na stronę filmu na filmwebie i sprawdźcie, ilu aktorów było (podobno) branych pod uwagę do tej roli (ja wolałabym Jonathana Rhysa Meyersa; czyż nie byłby lepszy?!). Dakota Johnson (Anastasia Steele) – mało przekonująca w swojej naiwności. A co najgorsze – w relacji między bohaterami brakuje tej magicznej więzi, która mogłaby powstać, gdyby oboje wykrzesali z siebie choć trochę życia. Inna sprawa jest taka, że mając niespójny scenariusz i kwadratowe dialogi, trudno aktorom wczuć się w rolę i zagrać swoją postać w sposób przekonujący. Duet Dornan-Johnson jednak mimo wszystko – nawet na fotosach – jest dla mnie sztuczny i nieciekawy. Jennifer Ehle jako aktorka powinna chyba poprzestać na wspomnieniach o pracy na planie z Collinem Firthem przy serialu BBC pt. Duma i uprzedzenie. Jako matka Anastasii wypadła śmiesznie. Podobnie rzecz ma się z Marcią Gay Harden jako matką Greya. Drogie panie, szanujcie się bardziej!

Mamy więc słabych aktorów, (bo) dostali kiepski scenariusz, (bo) literacki pierwowzór jest marny.

Szukałam więc dalej. Może zdjęcia? W końcu dobry operator (lub taki, który miał ciekawy i oryginalny pomysł na pokazanie historii) ze słabej fabuły może zrobić małe arcydzieło. Ale tu wchodzimy w ślepą uliczkę. Usiadłam z wrażenia, gdy doszło do mnie, że za zdjęcia odpowiedzialny jest Seamus McGarvey, autor wysmakowanych, klimatycznych, dopracowanych co do szczegółu kadrów z filmów Pokuta (nominacja do Oscara!), Anna Karenina (nominacja do Oscara!) czy Godziny. Jest kilka ujęć w 50 twarzach Greya, które faktycznie mają posmak artyzmu. To jednak nie wystarczy, aby film oglądać z przekonaniem, że widzi się efekty dobrej pracy operatora.

Może więc scenografia czy kostiumy? O ostatnich może nie warto wspominać, bo akurat w tym filmie nie miały większego znaczenia… Co do scenografii, to mam małą anegdotę.

Otóż w okolicach premiery filmu na adres mojego bloga przyszedł mail w języku polskim. Jakaś firma (nie pamiętam nazwy) z dumą informowała, że jej produkty – elementy wystroju wnętrz, takie jak lampy czy meble – znalazły się na planie filmu 50 twarzy Greya. W załączniku otrzymałam kilka zdjęć przedstawiających te produkty i sugestię, aby tą wspaniałą wiadomością podzielić się z moimi Czytelnikami. Z całym szacunkiem – niewiele mnie obchodzi, jaką metkę mają łóżka, lampki nocne czy dywany pojawiające się w filmie. Bardziej mnie interesuje to, jaką rolę pełnią jako rekwizyty i czy dobrze wyglądają w kadrze. Tu się jednak po raz kolejny zawiodłam… (a do tego mocno poirytował mnie ten mail, który miał wywrzeć na mnie wrażenie, że zostałam wybrana do promowania filmu i produktów; ależ ze mnie szczęściara! Firma na pewno mi to wynagrodzi!)

No to może jest czego posłuchać? O – i tu mnie macie. Danny Elfman, którego chyba nie muszę przedstawiać, skomponował świetną muzykę. Muzykę, która podkreślałaby emocjonalne napięcie i zmysłowość pokazywanych scen – gdyby takie w filmie były. Jako autonomiczne dzieło – muzykę ilustracyjną do 50 twarzy Greya bardzo polecam. Jest to brzmienie nietypowe dla Elfmana, mające intymny klimat i ciekawą barwę. Podobnie rzecz ma się z piosenkami, których obecność w filmie zazwyczaj daje widzowi satysfakcję (wydane zostały na osobnym albumie). Mam jednak wielki żal do kompozytora. Napisał bowiem bardzo dobrą ścieżkę do kiepskiego filmu, a całkowicie zlekceważył swoje zadanie przy pracy nad filmem Tima Burtona Wielkie oczy, który miał premierę dwa miesiące wcześniej. To ten obraz – pełen artyzmu – powinien otrzymać bogatą muzyczną oprawę, a nie historia, która jako dzieło filmowe jest porażką.

Pozostała ostatnia kwestia – przekaz. O tak, film 50 twarzy Greya ma bardzo wyraźny przekaz! Wybrzmiewa on w scenie, w której nasi bohaterowie w drodze do domu Anastasii zatrzymują się w lesie i rozmawiają o dzieciństwie Christiana. Okazuje się, że będąc obiektem chorej obsesji kobiety w średnim wieku, mały Chris na początku nie mógł się odnaleźć w nowej sytuacji. Z czasem jednak „poznał swoje granice i poczuł się wolny i bezpieczny. I Anastassia (czyli każdy z nas, drogi widzu) też tak w końcu się poczuje.” Mamy więc przepis na wolność i poczucie bezpieczeństwa! Dajmy się bić i bijmy innych (nie ma mowy o zakochaniu się!), bo to jest źródłem przyjemności, która jest najwyższym celem! A my szukamy przepisu na życie nie wiadomo gdzie! Grey prawdę Ci powie!

Piszę o tym pół żartem, pół serio, ale ta druga połowa jest jakby większa… Nie przekonają mnie ci, którzy twierdzą, że książka/film jest portretem człowieka, na którego życiu odbija się trauma z dzieciństwa. Wiem, jak powinna wyglądać powieść psychologiczna/dramat psychologiczny – i zapewniam, że w żadnym momencie ani „dzieło” E.L. James, ani Sama Taylora-Johnsona nie spełnia cech powyższych gatunków. „Odważne” sceny erotyczne bowiem (w filmie i tak ugrzecznione w porównaniu z książką) nie miały żadnego uzasadnienia fabularnego ani estetycznego.

I tak oto kinowym hitem stała się historia, która nie jest ani zmysłowym filmem erotycznym, ani dramatem psychologicznym, ani melodramatem, ani nawet przyzwoicie (hm… w znaczeniu „dobrze”) nakręconym filmem obyczajowym (o nieobyczajnych obyczajach). Pytam więc – za co świat pokochał Greya, skoro sam Grey podobno nigdy nie kocha?

Twórcy filmu na pewno jednak nie kochają kina. A jeśli nawet, to bardziej od kina kochają dochód z biletów. W przypadku 50 twarzy Greya nie można bowiem mówić ani o artyzmie, ani o idei, ani nawet o przełamywaniu tabu (co być może byłoby jakąś ideą, tu zaś efekt był po prostu śmieszny.) A jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to zawsze chodzi tylko o jedno. A to sztuce – i „artystom” – wcale nie przynosi chwały…

Ocena: 1/10

_____________________________________

Facebook: Klub Filmowy Obraz i Dźwięk
Twitter: @klubfilmowy
Pinterest: Klub Filmowy Obraz i Dźwięk
____________________________________

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.