FESTIWALE,  MUZYKA FILMOWA,  Transatlantyk

WSPOMNIENIE O JANIE A. P. KACZMARKU (1953-2024)

Nazwisko Jana A. P. Kaczmarka kojarzy mi się z Oscarem za kompozycje do Marzyciela, z operą pt. Emigra. Symfonia bez końca i ze swobodą wypowiedzi na scenie. Przede wszystkim jednak Kaczmarek był dla mnie twórcą Międzynarodowego Festiwalu Filmu i Muzyki Transatlantyk. To pierwsze miejsce, w którym doświadczyłam muzyki filmowej jako zjawiska żywego, namacalnego i traktowanego jako podmiot…

Jan A. P. Kaczmarek zmarł 21 maja 2024 roku po długiej i ciężkiej chorobie. Został pochowany w Krakowie na cmentarzu Rakowickim w Alei Zasłużonych.

W pierwszy rejs okrętem zbudowanym przez Jana A. P. Kaczmarka wypłynęłam w 2012 roku. Była to druga edycja festiwalu, pełna zaskoczeń i przeżyć, które stały się dla mnie punktem odniesienia i wyznacznikiem przyszłych zainteresowań związanych z filmem i muzyką.

To tu po raz pierwszy usłyszałam, jak kompozytorzy opowiadają o swojej pracy: Rolfe Kent, Marco Beltrami, Michael Price, Mark Isham czy Bartosz Chajdecki… Ich opowieści pozwoliły mi  przyjrzeć się procesowi twórczemu, zajrzeć do umysłów i wyobraźni kompozytorów, poznać ich warsztat, inspiracje – ale i bolączki, których w tym zawodzie nie brakuje. Uwielbiałam spotkania z cyklu Talking Piano prowadzone przez Tima Burdena… Wspaniale było też spotkać Dianne Warren, autorkę piosenek filmowych wielokrotnie nominowanych do Oscara.

Wreszcie – to na Transatlantyku przeprowadziłam mój pierwszy anglojęzyczny wywiad. W Poznaniu gościł wtedy John Debney, nominowany do Oscara za muzykę do Pasji Mela Gibsona. Cudownie mi się z nim rozmawiało w chłodnym hotelowym lobby, podczas gdy na zewnątrz słońce rozgrzewało dachy i chodniki…

Jedną z wielu rzeczy, które muzyka filmowa zawdzięcza Janowi, to postawienie jej w centrum uwagi twórców, odbiorców i wykonawców. W trakcie gali otwarcia drugiej edycji festiwalu Transatlantyk w Poznaniu w 2012 roku Jan powiedział: „Muzyka i film to potężne media, bo dotykają ludzkich emocji”. Te emocje wybuchały nie tylko podczas dyskusji czy koncertów. Niezwykłe rzeczy działy się również podczas konkursu natychmiastowej kompozycji – Transatlantyk Instant Composition Contest. Unikatowa formuła konkursu polegała na improwizowaniu muzyki do filmu, który uczestnik widział po raz pierwszy. Artysta miał do dyspozycji jedynie wielki ekran, fortepian oraz własną wyobraźnię, wrażliwość i umiejętności.

Nie zapomnę emocji, jakie towarzyszyły mi podczas każdego konkursu – czy to w trakcie eliminacji, czy w finale. Niezwykłe było to, że ten sam obraz w zależności od muzyki stawał się inną historią, budził inne odczucia i kierował moją uwagę na inne elementy. Kompozytorzy biorący udział w ICC udowadniali, jak żywym zjawiskiem jest muzyka filmowa i jak mocno potrafi ona wpłynąć na odbiór filmu, intensyfikując lub przygaszając emocje.

Kulminacją konkursu ICC była tak zwana „Sztafeta kompozytorów”. Polegała ona na tym, że podczas gali zamknięcia wyróżnieni i nagrodzeni kompozytorzy jeden po drugim zasiadali do fortepianu, kontynuując muzyczną improwizację rozpoczętą przez poprzednika. Oczywiście, pierwsze nuty intonował zawsze Gospodarz festiwalu.

Choć szczególnie w pierwszych edycjach festiwalu muzyka filmowa znajdowała się w centrum wydarzeń, Jan A. P. Kaczmarek zapraszał również twórców, którzy zajmowali się innymi dziedzinami kina: montażem, dźwiękiem, charakteryzacją, kostiumami, efektami specjalnymi, sztuką operatorską czy aktorstwem. To były dla mnie wielkie odkrycia, dzięki którym zaglądałam poza ekran i uczyłam się patrzeć na obraz dokładniej, szerzej i bardziej świadomie.

Szczególnie ważne były dla mnie spotkania z osobami, które zajmują się krytyką filmową i dziennikarstwem. Choć piszę o kinie już ponad 12 lat, to nie ośmielę siebie nazwać krytykiem filmowym. Wiele jednak nauczyły mnie festiwalowe rozmowy, w których brali udział m. in. Grażyna Torbicka, Klaus Eder czy Michał Oleszczyk. Nie zapomnę też wykładu uznanej krytyczki filmowej zakochanej w twórczości Krzysztofa Kieślowskiego, Annette Insdorf.

Transatlantyk to również filmy – nieoczywiste, poruszające i zapadające w pamięć. To seanse w Kinie Łóżkowym i kolacje filmowe w stylu slow food. To smaki łapane w pośpiechu  – cappuccino i ciasto czekoladowe w barze Casablanca w poznańskim Multikinie lub flat white i sernik z truskawkami w Costa Coffee w łódzkiej Manufakturze.

To wreszcie smutek i poczucie dojmującej pustki, gdy po gali zamknięcia gasły światła, w szatniach malały kolejki i musiałam wrócić na ostatnią noc do hotelu, by następnego dnia obudzić się ze świadomością, że nie ma już w programie festiwalu ani jednego seansu, ani jednego spotkania ani koncertu. I że nie spotkam uśmiechniętych spojrzeń zabieganych wolontariuszy, i nie mam szansy na zderzenie się w przejściu z Michaelem Pricem, Marco Beltrami nie da mi autografu i nie zobaczę Jana A. P. Kaczmarka przemykającego po korytarzach lub stojącego na scenie i płynnie przechodzącego z polszczyzny na angielski i odwrotnie…

Mój ostatni rejs Transatlantykiem przeżyłam w roku 2019 w Łodzi i zakończyłam go z podobnymi emocjami, co zwykle. Jak zawsze miałam też nadzieję na kolejną przygodę w następnym roku. Niestety, odkąd festiwal przeniósł się na Śląsk, trudno mi było zorganizować pobyt tak, aby brać udział w wydarzeniach. Potem świat nawiedził ogromny, zabójczy sztorm. I choć wiatr na oceanie się uciszył i nadzieje na powrót do normalności odżyły, w kabinie kapitańskiej Transatlantyku powoli gasło światło…

Rozmawiałam z Janem A. P. Kaczmarkiem zaledwie trzykrotnie. Po raz pierwszy przez telefon, gdy kompozytor gościł w programie „Trójka pod Księżycem”. Później dwa razy udało mi się zamienić z nim słowo podczas festiwali w Poznaniu i Łodzi. Mimo że byłam zwyczajną festiwalowiczką, za każdym razem czułam, że w tej krótkiej rozmowie jestem przez Kaczmarka traktowana z szacunkiem i zainteresowaniem; że choć ma on na głowie tysiąc spraw organizacyjnych i czeka na niego wielu zagranicznych gości, to tych kilka minut poświęca tylko mnie.

Jest mi dziś po prostu smutno. Odeszła osoba, która swoim twórczym działaniem wpłynęła na moje postrzeganie świata, kina i muzyki i która dostarczyła mi wielu wzruszeń – poprzez swoją muzykę i poprzez stwarzanie okazji do festiwalowych spotkań, seansów i wydarzeń.

Janie, dziękuję Ci za to wszystko. Obyś odnalazł drogę do swojej Nibylandii… A gdy w niedalekiej przyszłości znów słychać będzie syrenę portową, przybądź z krainy wróżek, piratów i krokodyli, by przejść po zielonym dywanie i by czuwać nad kolejnym rejsem Transatlantyku po szerokich wodach kina i muzyki. 

Źle by się stało, gdyby to, co stworzyłeś wraz ze swoją załogą, odeszło w niepamięć, jak dostojny niegdyś okręt rdzewiejący w bocznym porcie.


Tekst pojawił się też na stronie Anna Józefiak Kulturalnie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *