FESTIWALE,  FILMY,  Transatlantyk

ZNAJDĘ CIĘ Marthy Coolidge

Niestety nie mam dobrych wieści… Pojawiające się w kontekście filmu Marthy Coolidge (nakręconego przy dużym udziale polskiej ekipy) określenia typu „hollywoodzka produkcja”, „plejada gwiazd” czy „znakomita międzynarodowa obsada” są mocno przesadzone. Pierwotny angielski tytuł Music, War and Love, który wciąż funkcjonuje w sieci (m.in. w serwisie imdb.com lub filmweb.pl), dużo obiecuje. Połączenie tych trzech motywów – muzyki, wojny i miłości – działa na wyobraźnię i daje szerokie możliwości. Aby powstał dobry film, powinny zostać spełnione dwa warunki: twórcy musieliby znaleźć oryginalny pomysł na przedstawienie takiej opowieści oraz zrealizować go na wysokim poziomie.

W filmie Znajdę cię (I’ll find you) pomysł może był. Polak Robert Pułaski (Leo Suter) i Żydówka Rachel Rubin (Adelaide Clemens) poznają się jako uczniowie szkoły muzycznej w przedwojennej Łodzi. Dziecięca niechęć zmienia się powoli w przyjaźń, z której rodzi się uczucie. Marzenia o wspólnej karierze przerywa II wojna światowa i wywózka rodziny Rachel do Oświęcimia. Realizacja tego pomysłu okazała się jednak fatalna, z kilku powodów.

Muzyka odgrywa ważną rolę w całej opowieści. Mamy tu szkołę muzyczną pani Leny (Connie Nielsen), uzdolnionych uczniów, występy tenora i jakże prawdziwą sugestię, że dzięki miłości do muzyki artysta może przetrwać najtrudniejsze chwile. Źle się jednak dzieje, gdy tak istotny element świata przedstawionego (koncerty, gra pojedynczych instrumentów, a nade wszystko śpiew) zostaje zaniedbany. Nieudane udźwiękowienie scen występów operowych (głos wyraźnie rozmijał się z ruchem warg) czy nienaturalne, nadekspresywne zachowanie aktorów (Stellana Skarsgårda i Leo Sutera) w trakcie śpiewu, wprawiało widza w zakłopotanie. A „puszczanie oczka” podczas spektaklu Tristan i Izolda, wykonywanego w obecności Hitlera – to już naprawdę za wiele. Kompozycje ilustracyjne Jana A.P. Kaczmarka są natomiast miłe dla ucha, lecz daleko im do Marzyciela, czy choćby do nowszej, udanej moim zdaniem muzyki z filmu Paweł Apostoł Chrystusa (2018).

Wojna, a w przypadku filmu Marthy Coolidge raczej historia, to dla kina temat będący wyzwaniem tak samo ambitnym, jak ryzykownym. Może się na przykład okazać, że zbyt powierzchowne przedstawienie faktów wywoła u widza albo niezrozumienie (gdy nie wie on, jaką rolę pełniło tworzenie „orkiestr” złożonych z więźniów i organizowanie „koncertów”w Auschwitz), albo dręczące poczucie, że wątek został spłycony (gdy widz wie, że był to przejaw cynicznej, totalitarnej polityki nazistów, lecz nie widzi tego w filmie). Odniosłam wrażenie, że pobyt w obozie zagłady oznaczał dla bohaterów tyle, co pobyt w więzieniu o zaostrzonym rygorze, z którego tuż po wyzwoleniu można było swobodnie wyjść, zaś śmierć dotykała wielu, lecz właściwie nikt nie wie, z jakiej przyczyny. Nie przejmował się tym raczej młody Robert Pułaski, który częściej przybierał pretensjonalną pozę nieszczęśliwego amanta niż drżał o los Rachel. Pominę milczeniem to, w jak naiwny i nieprawdopodobny sposób bohaterowi udaje się przemieszczać tuż po wojnie z jednego kraju Europy do drugiego, a później nawet do USA, by w końcu odnaleźć dziewczynę, z którą będzie żył długo i szczęśliwie.

Wątek miłosny jest główną osią fabuły. I nie jest to zarzut, w końcu kino (a przed nim literatura) zna wiele przejmujących melodramatów rozgrywających się na tle wojny – czy to między państwami, czy między skłóconymi rodzinami (patrz: Romeo i Julia). W filmie Znajdę cię problem polega na tym, że schemat ten jest płaski, przewidywalny i – co razi najbardziej – fatalnie zagrany. Jeśli wierzę w uczucie bohaterów, to nie dlatego, że wyczytuję je ze spojrzeń, gestów czy pokazanych sytuacji. Nie ma tu żadnej głębi: ani emocjonalnej, ani psychologicznej, a aktorzy odgrywają swoje role tak, jakby wypowiadali cudze kwestie.

Film był kręcony między innymi w Łodzi i Krakowie. I gdybym miała znaleźć jakiś jasny punkt w tej produkcji, byłyby to właśnie kadry przedstawiające przedwojenną Łódź i wnętrza należące do bogatych mieszczan, a później arystokratyczne salony i sale koncertowe w Europie. Zdjęcia Alexandra Gruszyńskiego, kostiumy Elżbiety Radke i scenografia Marka Dobrowolskiego sprawiają, że nieco łatwiej przychodzi nam patrzeć na losy Roberta i Rachel, jednak to za mało, by uwierzyć, że mogły one się wydarzyć naprawdę w tamtym miejscu i w tamtym czasie. Dużą przeszkodą, która zaburza poczucie autentyczności, jest język angielski (do tego niekiedy z wyraźnym akcentem brytyjskim). To prawda, że w Pianiście aktorzy również mówią po angielsku. Coś jednak sprawia, że u Polańskiego angielszczyzna jest „przezroczysta” i nie zwraca uwagi, zaś u Marthy Coolidge staje się chwilami nie do zniesienia.

Wracając zatem do tego, co można było przeczytać o filmie na długo przed jego premierą (informacja o kręconych zdjęciach pojawiła się już w 2016 roku), niewiele z tych zapowiedzi się potwierdziło. Znajdę cię ma może jeden związek z Hollywood – jest nim powierzchowne ujęcie historii Polski, której Amerykanie nie znają, nie rozumieją, a na pewno nie czują (i wcale nie mam im tego za złe, lecz od twórców oczekuję większej rzetelności). Co do aktorstwa – cóż, nawet Stellan Skarsgård czy Connie Nielsen, grając tak nieprzystające do nich charaktery, niewiele mogli z siebie wykrzesać. Obsadzenie Jacka Braciaka w roli nazistowskiego naczelnika obozu w Oświęcimiu jest absolutnie nietrafione (widzowie darzą go zbyt dużą sympatią, by zobaczyć w nim bezwzględnego cynika), wklejenie Macieja Zakościelnego do grupy partyzantów wygląda wręcz na parodię Czasu honoru, a akcent Małgorzaty Kożuchowskiej mówiącej po angielsku wypada groteskowo (przy całej mojej sympatii do aktorki).

Z jednej strony rozumiem Jana A.P. Kaczmarka, że na film otwarcia festiwalu w Łodzi wybrał tytuł ze swoją muzyką, który dodatkowo promuje miasto i który przez to miasto był wspierany. Pod względem artystycznym i wizerunkowym nie był to jednak dobry wybór. Film jest po prostu słaby i w ogóle nie powinien znaleźć się w programie festiwalu, który chce stawiać na artyzm, oryginalność i idee.

Mam nadzieję, że z każdym kolejnym tytułem obejrzanym w Łodzi niesmak po pierwszym seansie zniknie i 9. edycja Transatlantyk Festival pozostawi po sobie dobre wspomnienia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.