„Assassin’s Creed” – dla tych, którzy lubią ryzyko Filmy

Zacznę od wyznania – nie jestem zagorzałym graczem, a z Assassin’s Creed zetknąłem się jedynie powierzchownie. Błysk mieczy, w tym świetlnych, płaszcze i kaptury są na mnie jednak dobrą kinową przynętą. Oczekiwanie było tym bardziej niecierpliwe, że główną rolę w filmie powierzono Michaleowi Fassbenderowi, który udowodnił już, że odnajduje się nie tylko w kreacji pozbawionego empatii mutanta (Magneto w X-Men), sadysty (Edwin Epps w Zniewolonym), ale także dobrze odtwarza postać pogrążonego w wojnie karteli narkotykowych prawnika (tytułowy adwokat). Na to wszystko jeszcze Marion Cotillard, która choć nie jest moją ulubioną aktorką, to nie mogę jej odmówić tego, że jak chce, to potrafi (Niczego nie żałuję, Incepcja). Dodajmy do tego Jeremy’ego Ironsa na drugim planie i Justina Kurzela odpowiedzialnego za ostatnią ekranizację szekspirowskiego klasyka, Makbeta (zresztą z Fassbenderem i Cotillard w rolach głównych). Widać zatem, że obsada i osoba reżysera pozwalały mieć nadzieję na dobre wykonanie aktorskie.

Ze wstępu może wynikać, że oczekiwałem kina ambitnego, rozkładającego na czynniki pierwsze ludzką naturę, przepełnionego skrajnymi emocjami itd. Być może przez chwilę tak było, dopóki nie uświadomiłem sobie, że mamy do czynienia ze swego rodzaju franczyzą, w którą twórcy nie będą głęboko ingerować. Pozostając przy pierwotnych oczekiwaniach, pewnie czułbym się zawiedziony, no bo co tu dużo ukrywać – „szału nie było”. Fabuła była przewidywalna, w miarę dokładnie można było zaplanować przerwę na toaletę w kontekście kolejnego zwrotu akcji, zaś dialogi sprawiały wrażenie przeniesionych bezpośrednio z gry, a więc były na tyle proste, żeby można było je zamknąć w maksymalnie kilku linijkach napisów.

Ostatecznie szedłem na film z nieco innym nastawieniem, mogę zatem śmiało powiedzieć, że te rzeczy, które mogłyby strasznie drażnić przy oczekiwaniu arcydzieła, w tym przypadku są łatwymi do wybaczenia niedociągnięciami. Filmowi nie można odmówić sprawnie poprowadzonej akcji i nawet nieco długi wstęp jest do przełknięcia, szczególnie w kontekście dużego prawdopodobieństwa kontynuacji, w której twórcy od początku będą mogli wejść w akcję.

Jeżeli coś pozostawia niedosyt, to być może rzeczywiście nieco chaotyczny sposób rozwijania poszczególnych postaci. Przykładowo w filmie jest epizod, w którym Fassbender stara się zagrać objawy obłędu. Wychodzi mu to przyzwoicie, pytanie tylko, po co zostało to wprowadzone, skoro w żaden sposób ten element nie jest rozwinięty. Już po krótkiej chwili bohater jest w pełni gotowy do dalszej akcji (dużo sprawniej poradzili sobie z takim zabiegiem twórcy Maxa Payne’a z Markiem Wahlbergiem). Podobne odczucia mam w odniesieniu do postaci granej przez Marion Cotillard. Tradycyjnie ciekawą, spójną od początku do końca postać zagrał Jeremy Irons, udowadniając tym samym, że praktycznie zawsze potrafi być dobry (nie tylko jak chce) nawet w sytuacji, gdy gra tylko po to, żeby kupić kolejny dom na Lazurowym Wybrzeżu.

Jeśli miałbym znaleźć coś, co naprawdę drażniło mnie w trakcie oglądania AC, to miejscami były to efekty specjalne, których jakość naprawdę pozostawia wiele do życzenia. Z drugiej strony mocnym punktem są dla mnie kostiumy, szczególnie te w scenach historycznych (o tych współczesnych trudno cokolwiek powiedzieć, bo przeważają więzienne drelichy).

Assassin’s Creed – czy warto zainwestować w to czas i pieniądze? Fani gry powinni pójść skonfrontować swoje odczucia z gry z wizją reżysera, miłośnicy filmów spod znaku „płaszcza i szpady” mogą podjąć to wyzwanie, żeby sprawdzić, jak takie filmy robi się współcześnie, zaś pozostali… pójdą na własne ryzyko.

Ocena: 6/10

*Źródło plakatu

_____________________________________

Instagram: @klubfilmowy
Twitter: @klubfilmowy
Pinterest: Klub Filmowy Obraz i Dźwięk
_____________________________________

Dodaj komentarz