„Jak pies z kotem” – recenzja filmu Janusza Kondratiuka Festiwale, Filmy, Tofifest

Scena, w której Andrzejek (Olgierd Łukaszewicz) podtrzymywany na łóżku, przepasany jedynie prześcieradłem, mówi, że zapyta kiedyś Boga, dlaczego go tak doświadcza, skojarzył mi się z obrazem Leona Bonnata pt. Hiob. To jeden z najbardziej poruszających momentów filmu pt. Jak pies z kotem Janusza Kondratiuka, w którym problem cierpienia, marności ludzkiego życia i walki o godność wybrzmiewa niemalże jak biblijna alegoria.

Reżyser powraca do ostatnich miesięcy życia swojego starszego brata, również reżysera, Andrzeja, który na skutek choroby wymagał nieustannej opieki i wielkich pokładów cierpliwości ze strony opiekunów. Historia ta, choć spleciona z autentycznych rozmów i sytuacji, jakie miały miejsce w domu Janusza, nie jest ani przesadnie ckliwa, ani patetyczna, ani tym bardziej przygnębiająca. Mający w sobie coś z Nietykalnych Oliviera Nakache i Erica Toledano, film Kondratiuka mówi tak naprawdę więcej o radości życia niż o przemijaniu. I choć widmo śmierci od początku ciąży nad głównym bohaterem, to fakt odejścia Andrzejka komunikowany jest dopiero w ostatniej krótkiej scenie za pomocą milczącego spojrzenia brata (Robert Więckiewicz). Zanim jednak ta chwila nastąpi, obserwujemy na przemian dramatyczne i humorystyczne epizody z życia artystycznej rodziny, w której mimo różnic charakterów ludzie potrafią znaleźć w sobie siłę i wolę do pochylenia się nad drugim człowiekiem.

Jak pies z kotem to mistrzowski popis aktorskiego kwartetu. Olgierd Łukaszewicz gra jak natchniony. Jego Andrzej jest zgryźliwy, zbuntowany, a jednocześnie tak bezradny w swojej chorobie, że budzi współczucie i sympatię, mimo swoich wad. Aleksandra Konieczna, która zastąpiła Igę Cembrzyńską, żonę Andrzeja, w roli… żony Andrzeja, wpisuje na swoje konto kolejny wybitny portret niezwykłej kobiety, po niezapomnianej kreacji postaci Zosi Beksińskiej w Ostatniej rodzinie. Grający Janusza Kondratiuka Robert Więckiewicz nie jest tak ekspresywny jak Łukaszewicz, dlatego stanowi przeciwwagę dla ekscentrycznych i gwałtownych zachować brata. Obowiązek opieki zaś jest dla niego naturalnym ludzkim odruchem. Jak boleśnie brzmią w tym kontekście słowa jego dzieci wypowiedziane na dworcu. Domyślamy się z nich, że Janusz nie doświadczy takiej dobroci ze strony swoich potomków, jaką okazał starszemu bratu. (Czyżby był to znak czasów?) Cichą i wierną towarzyszką obu braci jest Beata, żona Janusza (Bożena Stachura). Jej łagodność, dobroć, ale też zwątpienie i rozczarowanie uzupełniają wachlarz postaw, tworząc autentyczny portret rodziny. Postaci są wyraziste i bardzo podobne do ludzi, których być może mamy w swoim otoczeniu. I w tym właśnie tkwi siła tej opowieści – równie mocno przemawia ona do widza jako rodzinny album Kondratiuków, jak i autonomiczna historia o trudnych relacjach między bliskimi, w której ostatecznie i tak zwycięża miłość – zwyczajna, niedoskonała, po prostu ludzka.

Jest jeszcze jeden aspekt filmu, który – choć dawkowany z umiarem – zapisuje się w pamięci. Mowa tu o surrealistycznych scenach ilustrujących wizje coraz bardziej chorego umysłu Andrzeja. Psy chodzące po ścianie, niedźwiedź rozszarpujący pieluchę w sypialni i ujęcie, które wprawiło mnie w odrętwienie – przepaść przed tarasem. W pierwszej chwili sceny te zdają się być komiczne, jednak gdy uświadomimy sobie, że niektórzy właśnie tak widzą świat wokół siebie, uśmiech zamiera na twarzy.

Hiob Kondratiuka jest zatem z jednej strony człowiekiem wątpiącym w sens cierpienia, umęczonym chorobą i przeżywającym upokorzenie. Z drugiej jednak strony odnajduje radość życia w relacjach z bliskimi, z którymi do tej pory żył „jak pies z kotem”; doświadcza ich dobroci, wsparcia i miłości. Chyba więc jest w tym wszystkim jakiś sens.

(Zdj. z materiałów prasowych Tofifest)

Ocena filmu: 7/10

_____________________________________

Instagram: @anna_jozefiak_klub_filmowy
Twitter: @klubfilmowy
Pinterest: Klub Filmowy Obraz i Dźwięk
_____________________________________

 

Dodaj komentarz