„Zacznijmy od nowa” – ujmująca prostota mówienia o miłości i muzyce Festiwale, Filmy, Transatlantyk

Okazuje się, że na festiwalach filmowych obejrzeć można nie tylko „trudne” kino, ale również uroczą komedię romantyczną, która jest niegłupia, nieprzeciętna i nieszablonowa. Transatlantyk – na koniec ciężkiego dnia spędzonego z „Powstaniem Warszawskim i „Oniricą” – zaproponował mi film Johna Carneya „Zacznijmy od nowa”. I całe szczęście!

John Carney, irlandzki reżyser i scenarzysta, znany jest przede wszystkim z zwyczajnej, ale wzruszającej historii dwojga obcych sobie ludzi, których połączyła muzyka i miłość. Film „Once” z 2006 roku nakręcony jest w prosty sposób: zdjęcia z ręki, niedbale nagrane dialogi, jakby podsłuchane przez przypadkowego przechodnia, powolna akcja, skromne wnętrza. I historia bez gwałtownych zwrotów, za to z finałem, jakiego widz raczej nie chce zaakceptować. Bo wszystko powinno potoczyć się inaczej. Ta pozornie spokojna opowieść , tocząca się głównie na ulicach Dublina, nasycona jest jednak ogromnym ładunkiem emocjonalnym. I nie chodzi tu jedynie o rodzącą się miłość. Emocje budzi akt tworzenia sztuki, lęk przed porażką, nadzieja na sukces i troska o przyszłość. Głównym nośnikiem napięcia i uczuć są świetne piosenki wykonywane przez Glena Hansarda i Marketę Irglovą – a rejestrowane w naszej obecności w studiu nagraniowym. Jedna z nich, „Faling Slowly” (nagrodzona Oscarem), dosłownie powstaje na naszych oczach. Jest piękna, a jednocześnie przejmująco smutna…

Po co tyle piszę o „Once”? Bo film z Keirą Knightley i Markiem Ruffalo ma bardzo podobną fabułę, choć została ona rozbudowana o kilka dodatkowych wątków. I nie jest to zarzut! Z Dublina Carney przenosi nas do Nowego Yorku. Kamera jest stabilna, profesjonalna, wszystkie sceny są dopracowane, dobrze nagłośnione, scenografia staje się bogatsza, wprowadzono retrospekcje w pierwszej części filmu – no i zaangażowano gwiazdy ze świata kina i muzyki. Chciałoby się powiedzieć: film na poziomie hollywoodzkim. Owszem, warsztatowo przewyższa on jakością poprzednie dzieło Carneya, ale „Zacznijmy od nowa” ma ten sam uroczy, delikatny, sentymentalny klimat, który udało się stworzyć w niskobudżetowym filmie „Once”.

Pośród ruchliwych ulic, tłumów przechodniów i w pędzie życia nasi bohaterowie odnajdują wspólny język. Tym językiem jest muzyka, która staje się w filmie uczestnikiem wydarzeń, mającym wpływ na losy postaci. Dla każdego z bohaterów ma ona jednak inne oblicze. Jednemu ratuje życie, dla innego staje się przyczyną rozstania albo daje nadzieję na nowy początek. Ktoś chce zdobyć dzięki niej sławę, ktoś inny pieniądze. Dla Grety najbardziej liczy się jednak sama możliwość tworzenia. Podobnie jak w „Once”, również tu mamy okazję obserwować proces powstawania poszczególnych utworów i całego albumu, nagrywanego w dość oryginalny sposób i w nietypowych okolicznościach. Obraz przepełniony jest muzyką i piosenkami, w których zawarte są uczucia bohaterów: radość, miłość, zdrada, samotność, ból i nadzieja. W pamięć zapadła mi szczególnie scena, w której Greta, słuchając nowego utworu swojego chłopaka, domyśla się, że Dave ją zdradził. Dialog między bohaterami odbywa się prawie bez słów. Wszystkie barwy emocji wyraża muzyka.

Fabuła filmu nie ma zaskakiwać, a jednak finał znowu nie wszystkich zadowoli. Możliwych jest kilka oczywistych scenariuszy, z których reżyser wybrał najmniej hollywoodzkie. Owszem, „żyli długo i szczęśliwie”. Ale kto żył z kim? Tego nie zdradzę.

Najnowsze dzieło Johna Carneya kryje w sobie magię. Objawia się ona w jednej z pierwszych scen filmu, która toczy się w barze. Po rozstaniu z chłopakiem Greta (niezła wokalnie Keira Knightley) śpiewa na scenie prostą piosenkę, grając na gitarze. W tym samym momencie równie nieszczęśliwy z powodu utraty pracy producent muzyczny Dan (świetny Mark Ruffalo) słucha jej, widząc jednocześnie w wyobraźni, jak do utworu włączają się kolejne instrumenty. Zaczyna grać perkusja, skrzypce, pianino… Muzyka przybiera na sile i zyskuje głębię. Jesteśmy świadkami powstania przeboju. To wszystko jednak dzieje się w umyśle mężczyzny. Odtąd będzie on dążył do zrealizowania swojej wizji – oczywiście we współpracy z młodą i zdolną wokalistką.

Oba tytuły – „Once” i „Zacznijmy od nowa” – wpisałam na listę „obowiązkowych wielokrotnych powtórek”. Nie są to arcydzieła kinematografii, ale od tych też trzeba czasem odpocząć. Zrobić film, który pozwoli się widzowi zrelaksować, uśmiechnąć czy wzruszyć też wymaga poważnych umiejętności. Do tego oba dzieła opatrzone zostały świetnymi soundtrackami, z których melodie długo nie pozwalają o sobie zapomnieć. A piosenka „Lost Stars” w wykonaniu Keiry Knightley” ma moim zdaniem szanse na nominację do Oscara. Trzymam kciuki!

Ocena: 7/10

_____________________________________

Facebook: Klub Filmowy Obraz i Dźwięk

Twitter: @klubfilmowy

_____________________________________

Dodaj komentarz