Hobbit. Bitwa Pięciu Armii – piękny finał niezwykłej przygody! Filmy, Niezapomniane sceny

hobbitNiezwykła podróż dobiegła końca. Ostatnia część trylogii Petera Jacksona o przygodach dzielnego hobbita z Shire zamyka 13-letni okres królowania Śródziemia w kinie. I choć patrząc na fabułę jesteśmy dopiero w połowie drogi, to wiemy, że przyszedł czas na pożegnanie. I jest to pożegnanie piękne!

Oceniając film Hobbit. Bitwa Pięciu Armii można przyjąć dwie perspektywy: albo potraktować tę część jako odrębne dzieło w oderwaniu od pozostałych pięciu, albo spojrzeć na najnowszą produkcję jak na element większej całości pod nazwą „Dzieje Śródziemia”, która nadaje sens obu trylogiom. Nie wyobrażam sobie pisać o finale hobbickiego cyklu bez odniesień do poprzednich i następnych „epizodów”. Dla mnie Bitwa… to niezwykle ważny etap filmowej podróży. Wymagał bowiem od reżysera ogromnego wysiłku, aby nie tylko opowiedzieć o tym, jak zakończyła się historia Bilba, ale również aby wprowadzić widza – w rozsądny i wiarygodny sposób – w wątki znane z Władcy pierścieni. Czy Jacksonowi się to udało? Bez wahania odpowiem na to pytanie twierdząco.

Już po premierze pierwszej części Hobbita pojawiły się głosy krytyki, odrzucające koncepcję wprowadzania do fabuły elementów, których w książce Tolkiena nie było. Wielu nie podobało się również to, że reżyser rozwijał wątki poboczne i postaciom drugoplanowym nadawał w filmie ważne znaczenie. Ja jednak, mając w pamięci świetne rozwiązania fabularne zastosowane przez Jacksona we Władcy pierścieni, zaufałam mu, do końca wierząc w jego pomysły. I nie zawiodłam się ani razu. Świat, który stworzył w swoich dwóch trylogiach reżyser, jest spójny i zachwycający. Widać, że Jackson czuje się w Śródziemiu jak u siebie. Zna każdą krainę, każdą rasę i każdą historię. Budując przed naszymi oczami przestrzeń zamieszkałą przez elfów, hobbitów i krasnoludów, pozwala nam rozsmakować się w tej niezwykłej rzeczywistości. I choć jest ona nieprawdziwa, dzięki pasji twórcy zaczyna się nam ona wydawać prawdopodobną. Jako odbiorca zakochany w tej filmowej wizji daję pełne prawo reżyserowi do wprowadzania rozwiązań, które nie były może intencją pisarza, ale dzięki którym możemy oglądać świat jeszcze pełniejszy i bardziej fascynujący.

Dlatego też przyjmuję bez uprzedzeń, że elfy w bitwie pod Samotną Górą grały równie istotną rolę, co krasnoludy i ludzie. Akceptuję wprowadzenie postaci Tauriel, której w książce w ogóle nie było; nie martwi mnie też rozbudowanie wątku konfliktu między ojcem Legolasa, Thranduila a synem. Dzięki tym dwóm zabiegom lepiej poznajemy historię elfa i rozumiemy, dlaczego książę wędrował samotnie, zamiast żyć z innymi w Leśnym Królestwie. Pozwalam na to, by Bilbo ustąpił miejsca innym postaciom, które w Bitwie Pięciu Armii wychodzą na plan pierwszy. Nie odrzucam też pomysłu wykreowania Azoga, który z mało ważnej postaci u Tolkiena stał się w filmie równorzędnym bohaterem, stojącym w opozycji do osoby Thorina. W końcu godzę się na najbardziej chyba ryzykowne wprowadzenie wątku Saurona, który jest przecież głównym elementem – poza postacią Bilba – łączącym obie trylogie Jacksona.

Bitwa Pięciu Armii pod względem konstrukcyjnym jest filmem spójnym. Wszystko, co dzieje się na ekranie, ma swoje uzasadnienie w zdarzeniach z poprzednich lub następnych filmowych opowieści o Śródziemiu (jeśli coś przeoczyłam, wybaczcie; nie dostrzegłam jednak niczego, co znacznie zaburzyłoby logiczną strukturę całości). Główny nacisk położył Jackson w tej części na batalistykę. Pierwsza spektakularna scena ma miejsce już na początku filmu, gdy bez niepotrzebnego wstępu zostajemy wciągnięci w środek akcji, przerwanej na rok po drugiej części. Smaug atakuje Miasto nad Jeziorem. Pali wszystko, co spotka na swojej drodze. Mści się tym samym za wtargnięcie drużyny krasnoludów do Samotnej Góry. Smok sieje spustoszenie i śmierć, ale zostaje pokonany przez Barda, który od tej chwili staje się przywódcą ludzi.

Już na długo przed premierą można było przeczytać, że decydująca bitwa u stóp Samotnej Góry ma trwać 45 minut. Faktycznie, widowisko, które stworzył reżyser, jest imponujące zarówno pod względem technicznym, jak i strategicznym. Dynamiczne zmiany frontów, przyłączanie się kolejnych oddziałów, mnogość stron i armii pozornie mogły wydawać się chaotyczne. Jackson ostatecznie jednak nad wszystkim zapanował i w efekcie zrealizował jedną z najwspanialszych i najbardziej okazałych filmowych scen bitwy ostatnich lat. Mam wrażenie, że rozmachem scena ta przewyższa nawet bitwę pod bramami Mordoru z Powrotu Króla. Na uwagę zasługuje jeszcze jedno: mimo trwających walk tysięcy żołnierzy różnych ras, udało się wprowadzić sceny kameralne, dzięki którym wątki kilku postaci znalazły swój finał. Mam tu na myśli choćby pojedynek Thorina z Azogiem, na który czekaliśmy już od pierwszej części Hobbita, czy scenę śmierci Kiliego, która – choć sentymentalna – nie raziła mnie absolutnie.

Thorin jako postać, która staje się najważniejsza w części trzeciej, urasta do rangi wielkiego bohatera. Kreowany na przywódcę krasnoludów, wydaje się być ideałem na miarę Aragorna. Pod wpływem bogactwa zgromadzonego w Samotnej Górze ulega jednak żądzy, która zniszczyła jego przodka. Opamiętuje się jednak dzięki działaniom Bilba i godnie przejmuje rolę króla i wodza.

Podobało mi się również wprowadzenie proporcji w znaczeniu poszczególnych bohaterów zbiorowych. Oto mamy grupę krasnoludów i hobbita, którzy po zabiciu Smauga odzyskują dawną twierdzę w Samotnej Górze. Grupą dowodzi Thorin, choć wiemy, że inicjatorem całej wyprawy jest Gandalf. Dalej pojawia się rasa ludzi z Miasta nad Jeziorem, których przywódcą staje się niezamierzenie Bard. Następną grupę stanowią elfy z Leśnego Królestwa dowodzone przez Thranduila. Do bitwy dołącza armia krasnoludów. Na końcu zaś pojawiają się orkowie z Azogiem na czele, którzy tylko pozornie walczą o bogactwo ukryte w Samotnej Górze. Faktycznie ich obecność jest zapowiedzią przyszłych ciemnych czasów, kiedy to Sauron – teraz jeszcze słaby i żyjący w ukryciu – dokona spustoszenia części Śródziemia i doprowadzi do nieodwracalnych zmian w życiu wszystkich istniejących ras. Wątek ten wzmocniony został zresztą dzięki wprowadzeniu właściwie osobnej historii Gandalfa, który choć cały czas czuwał nad Bilbem, to jednak badał też ślady związane z Nekromantą i odradzającą się siłą zła. Dzięki temu poznajemy rolę, jaką odegrały elfy (Saruman, Elrond i Galadriela) w walce z Sauronem w czasach, gdy był jeszcze zbyt słaby, aby się ujawnić. Ten wątek jest chyba jedynym, który budzi moją wątpliwość dotyczącą spójności z kolejnymi zdarzeniami przedstawionymi we Władcy pierścieni. Skoro bowiem czarodzieje i elfy już teraz wiedzieli, że Sauron odradza się i odchodzi pokonany na Wschód, to dlaczego tak późno zorientowali się, jaki charakter ma zło, które rośnie w siłę w początkach Drużyny pierścienia?

Trzecia część przygód hobbita kończy się w tym samym momencie, w którym zaczyna się Niezwykła podróż oraz właściwa akcja Drużyny pierścienia. Oto stary Bilbo siedzi przy biurku i spisuje dzieje wyprawy do Samotnej Góry. Wszystko zaś ma miejsce w dzień jego 111. urodzin, gdy przyjęcie zaraz się rozpocznie, a goście powoli zaczynają się schodzić do Shire. I właśnie w tym momencie płynnie przechodzimy do drugiej trylogii, tym razem opowiadającej o przygodach Froda. Zabieg ten sprawia, że wszystkie sześć części filmowej epopei o Śródziemiu tworzą spójną opowieść, pełną niesamowitych wydarzeń.

Przed wejściem do kina na maraton trzech części Hobbita (z przedpremierowym seansem Bitwy…) oczekiwałam ogromnych wzruszeń i byłam pewna, że niejedna łza spłynie mi po policzku. W końcu po 13 latach kończy się niezwykła filmowa przygoda, która mocno wpłynęła na moją wyobraźnię i na moje życie… Wyszłam jednak z sali bez uczucia smutku czy rozżalenia. Jackson zrezygnował z sentymentalnych pożegnań, z majestatycznych ukłonów i przemówień. Zakończył historię tak, jakby wcale nie był to koniec. Owszem, odeszli wielcy wojownicy i przyjaciele, Bilbo powrócił do Bag End i skończył z wielkimi wyprawami. Ostateczne pożegnanie wszyscy już jednak przeżyliśmy, oglądając finał Powrotu Króla. Takie rozwiązanie nie tylko wydaje mi się słuszne, ale jeszcze bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że filmy Jacksona trzeba oglądać w perspektywie sześciu części, które dopiero razem stanowią zamkniętą całość. Opowieść o losach Śródziemia znajduje się zatem dopiero w połowie. Żegnamy się z aktorami, z reżyserem, z tysiącem ludzi, którzy pozwolili nam ujrzeć piękno krainy stworzonej w literaturze przez Tolkiena. Po maratonie Hobbita powinniśmy jednak zasiąść do maratonu Władcy pierścieni i dopiero w finałowej scenie w Szarej Przystani wolno nam poddać się wzruszeniu. Bo dopiero wtedy wszystko tak naprawdę znajduje swój koniec.

A to, czy na pewno Jackson nie powróci już więcej do Śródziemia, jest dla mnie sprawą otwartą, mimo zapewnień reżysera. Marzy mi się serial na podstawie opowieści ze zbioru Silmarillion… Zanim jednak to marzenie się spełni, jeszcze nie raz wrócę do krainy, w której mali hobbici dokonują wielkich czynów, a wielcy wojownicy kłaniają się przed nimi.

Ocena: 10/10

Najnowszy komentarz

  1. Lidia

    Dziś dopiero ale i ja odwiedziłam po raz ostatni Samotną Górę. Moje odczucia w dużej mierze są podobne. Ja też nie byłam w stanie wzruszyć się nadmiernie mimo, że wiadomo było że to koniec podróży. Oczywiście wszystko w przenośnym sensie bo o żadnym końcu nie może być mowy. Zapewne taki był zamysł reżyserski aby pozostawić niedosyt. Natychmiast ma się ochotę obejrzeć trylogię Władca Pierścieni. Pod względem batalistycznym bitwa u podnóża Samotnej Góry wydaje mi się jednak „uboższa” od tej z Powrotu Króla a nawet tej z Dwóch Wież. Niemniej zachwyciły mnie właśnie te elementy kameralne. Te pojedynki a głównie najważniejszy między Thorinem a Azogiem. Taki esencjonalny, taki ważny i wyczekany. Tak po prostu musiało być i mam tu na myśli też finał tego pojedynku.
    Wspaniałe kreacje aktorskie, Martin Freeman, który dla mnie zostanie już chyba na zawsze wzorcem Hobbita, nie Hobbitem zostanie 🙂 Trudno. Jestem przeciwnikiem szufladkowania i znam Martina z innych bardzo dobrych ról ale a tej chwili nie wyobrażam sobie by ktoś inny mógł być Bilbem Bagginsem. On nie zagrał Hobbita, on się nim stał tak jakby urodził się Hobbitem. Bardzo dobrze też odbieram Richarda Armitage.Wykreował postać dość złożoną ale wyrazistą do granic i wbrew fabule wrócił z tarczą. Dębową! O Smaugu mogłabym się rozpisywać ale wszystko zostało już napisane i powiedziane po Pustkowiu 🙂 Jeśli ktoś w moim odczuciu odstawał aktorsko to chyba tylko Orlando Bloom. Nie wiem na ile to wina samego aktora ale odczuwałam wyraźny zgrzyt między postacią kreowaną we Władcy a tutaj. Dotyczył on faktu dojrzałości nie tylko dostrzegalnej w wyglądzie bohatera.
    Nie umiem również rozpatrywać Bitwy jako osobnego wątku opowieści o Hobbicie. Wszystko jest na właściwym dla siebie miejscu czy przez fakt, że należy wprowadzić widza do historii z Władcy czy też ze względu na właściwą opowieść o zaskakująco dla niego samego dzielnym i honorowym Hobbicie jakim jest Bilbo.
    Na szczęście cudowny świat Śródziemia zostanie z nami na różnego rodzaju nośnikach, więc ta podróż nigdy się nie skończy 🙂

Dodaj komentarz