FESTIWALE,  Tofifest

„Białe noce listonosza” – Konchalowsky nie zachwyca

białe

Ciemną nocą myślę o Białych nocach listonosza Aleksieja Triapicyna w reżyserii Andreia Konchalovsky’ego. Film został wyświetlony na otwarciu Międzynarodowego Festiwalu Tofifest w Toruniu. W tym roku otrzymał m.in. Srebrnego Lwa w Wenecji dla najlepszego reżysera. Powinnam więc być zachwycona. Ale nie jestem…

Rosyjska prowincja, wieś położona na wyspie, odcięta od cywilizacji. Monotonne życie nielicznych mieszkańców. Pustka egzystencji, alkoholizm, bieda. Nawet przyroda, choć piękna, jest pozbawiona soczystych barw. W takiej scenerii toczy się powolne życie głównego bohatera. Listonosz rozwozi nie tylko listy, których już i tak prawie nikt nie pisze, ale też wypłaty, chleb czy maść na ból pleców. Zna wszystkich mieszkańców, zna ich radości i problemy. Jest sam. Wykonuje te same czynności każdego dnia, bez końca. Podobnie jak pozostali bohaterowie, bezwolnie realizuje utarty schemat życia. Ten spokojny bieg codzienności podkreślają statyczne ujęcia kamery, przez którą jakby podglądamy poszczególnych mieszkańców wsi w ich domach. Ustalony ład burzy czasem jakieś wyjątkowe wydarzenie, na przykład awantura ze strażnikami o połów ryb czy kradzież silnika z łodzi Aleksieja. Choć na moment stabilizacja zostaje lekko zachwiana, to i tak nic nie jest w stanie wstrząsnąć ludźmi do głębi. Przyjmują oni los bez większych emocji. Nie zauważają nawet, jak z pobliskiego wojskowego portu kosmicznego wystrzelona zostaje rakieta czy pocisk. Nam ta scena kojarzy się oczywiście jednoznacznie. Dla mieszkańców wsi nie ma ona żadnego znaczenia. I jeszcze kot. Kot, który pojawia się w wizjach/snach (?) głównego bohatera. Kot rodem z powieści Bułhakowa. Realizm magiczny – może to właściwe określenie na konwencję, jaką zastosował reżyser? Ale co to wszystko razem oznacza?

Reżyser nie chce tłumaczyć swojego dzieła (jak powiedział w wywiadzie dla Newsweeka). Pozwala widzowi na samodzielną interpretację. Można więc pokusić się o stwierdzenie, że film ma ukazywać współczesną rzeczywistość, w jakiej funkcjonuje Rosja – obok zacofanej prowincji rozwija się militarny przemysł. Można zuniwersalizować wymowę dzieła i powiedzieć, że ludzie, których dotykają problemy dnia codziennego, nie zajmują się sprawami wielkiego świata i wielkiej polityki. Może to też być film o samotności, o pragnieniu ciepła i bliskości albo o poszukiwaniu własnego miejsca na ziemi. Teza o profetycznej roli filmu, w którym Konchalovsky zapowiada nadchodzącą apokalipsę, będzie już przesadą. Tylko że historia Aleksieja ani nie wzrusza, ani nie śmieszy, ani nie mówi nic nowego o życiu. Pięknie sfotografowane krajobrazy i wnętrza, świetnie prowadzona narracja – owszem, to niewątpliwie walory dzieła rosyjskiego reżysera. Ale głębia wymowy Białych nocy listonosza… jest albo przeciętna, albo jeszcze zakryta przed moimi oczami. Jeżeli pierwsza myśl jest prawdziwa, potwierdzi się moja teoria, że nie każdy film nagrodzony na europejskim festiwalu faktycznie jest wybitny. Jeżeli zaś w tej chwili nie dostrzegam geniuszu reżysera, to być może film ten będzie mnie dręczył, będzie do mnie wracał i domagał się mojej uwagi, aż w końcu – umęczona i zaskoczona – uznam go za arcydzieło. Jeżeli tak się stanie, natychmiast o tym doniosę.

_____________________________________

Facebook: Klub Filmowy Obraz i Dźwięk

Twitter: @klubfilmowy

_____________________________________

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.