„Marsjanin” Ridleya Scotta, czyli MacGyver na Marsie Camerimage, Festiwale, Filmy

MARSJANIN-plakatTytuł recenzji, choć może zdawać się ironiczny, wcale nie ma wyśmiewać najnowszej produkcji Ridleya Scotta. Przeciwnie – to, co zrobił twórca Prometeusza, zostawiając Matta Damona na Marsie, bez wątpienia zasługuje na uwagę widzów. Usatysfakcjonuje też nie tylko miłośników kina science-fiction, ale i tych, którzy lubią dobre kino przygodowe.

Zacznijmy jednak od początku.

Pierwsze zdjęcia i zwiastun Marsjanina bezlitośnie kojarzyły mi się z ukochaną Grawitacją Alfonso Cuaróna. Zdawało mi się, że to wielkie ryzyko, aby zaledwie w dwa lata po doskonałym wizualnie i bogatym w znaczenia obrazie, nagrodzonym siedmioma Oscarami, nakręcić kolejny film o człowieku uwięzionym w kosmosie. Dodajmy do tego produkcję Christophera Nolana Interstellar z 2014 roku, która również została doceniona przez wielu widzów i krytyków, szczególnie za warstwę wizualną. Martwiło mnie to, jak w tym towarzystwie odnajdzie się Marsjanin. Okazuje się jednak, że film Scotta czuje się w tym zestawie świetnie! Co więcej – nadaje nową wartość gatunkowi fantastyczno-naukowemu w kinie XXI wieku.

Oczywiście najnowsze dzieło twórcy Łowcy androidów w wielu warstwach różni się od wspomnianych tytułów. Jest ono przede wszystkim pozbawione filozoficznych rozważań, które przypominałyby widzom o tragizmie ludzkiej jednostki. Dzięki temu „odciążony” scenariusz mógł zostać nacechowany komizmem, co było świetnym rozwiązaniem, zważywszy na osobę aktora, odtwarzającego główną rolę. Matt Damon okazał się bowiem doskonałym kandydatem do tego, by stworzyć postać autentyczną – łączącą w sobie niezwykły intelekt z dużą dozą humoru i ironii.

Mark Watney pozostał sam na planecie po ewakuacji załogi. Od tej pory przez wiele marsjańskich dni musi samodzielnie radzić sobie z różnymi trudnościami – od hodowania jedzenia po nawiązanie kontaktu z bazą na Ziemi. W każdej sytuacji korzysta z nabytej wiedzy – szczególnie botanicznej, co z dumą podkreśla, mówiąc o tym do kamery video-dziennika. Bohater – podobnie jak serialowy MacGyver – nie załamuje rąk, tylko badając okoliczności i analizując fakty, podejmuje działania, które najczęściej przynoszą pożądany efekt: ziemniaki zaczynają rosnąć na marsjańskiej glebie, stara sonda okazuje się być przydatna do kontaktu z Ziemią, a przebicie kombinezonu w kosmicznej próżni może okazać się szansą na uratowanie życia. Mark jest wybitnie inteligentny, zabawny, czasem złośliwy, niekiedy ironiczny i wulgarny (ale tylko wtedy, gdy zostanie do tego sprowokowany!). Naturalna gra Matta Damona sprawia, że mimo iż patrzymy na niego prawie przez dwie godziny, ani na chwilę jego postać nas nie nuży! I to jest jego ogromny sukces, który – mam nadzieję – przełoży się na kolejne poważne role w jego karierze.

Walka o życie astronauty toczy się jednak nie tylko na Marsie. Również w bazie NASA prowadzone są prace, mające na celu sprowadzić ocalałego na Ziemię. Konflikt między dyrektorem dbającym o wizerunek firmy z naukowcem troszczącym się przede wszystkim o dobro załogi jest tu zabiegiem oczywistym. Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, iż w rolę szlachetnego Mitcha Hendersona, stojącego raczej po stronie człowieka, a nie firmy, wcielił się Sean Bean – i z radością mogę zdradzić, że tym razem aktor w filmie nie ginie!

W związku z pojawieniem się w filmie Ridleya Scotta nazwy NASA naszła mnie pewna refleksja. Co podczas oglądania filmów typu Marsjanin myślą specjaliści, którzy na co dzień obcują z najnowszą kosmiczną technologią? I jak ma się niedorzeczność niektórych rozwiązań fabularnych do zachowania prestiżu firmy, której powaga i znaczenie mogłyby zostać poważnie nadwyrężone? Twórcy filmu zastosowali prosty wybieg. Ryzykowne i mało wiarygodne rozwiązanie, polegające na zawróceniu statku kosmicznego na Marsa z wykorzystaniem pola grawitacyjnego Ziemi, zostało zasugerowane przez Mitcha Hendersona za pomocą zaszyfrowanej wiadomości, przesłanej nieoficjalnie na konto mailowe jednego z członków załogi. Natomiast pomysł na przechwycenie dryfującego w przestrzeni kosmicznej astronauty został omówiony przez załogę przy wyłączonym mikrofonie, bez udziału zarządu firmy. Zatem żadne z tych rozwiązań nie zostało oficjalnie zaakceptowane przez NASA. Wilk syty i owca cała!

Poza ciekawą fabułą i udanym aktorstwem (oprócz Matta Damona i Seana Beana w filmie zagrali również: Jeff Daniels, Jessica Chastain i Chiwetel Ejiofor) obraz Ridleya Scotta zyskał atrakcyjną szatę wizualną i dźwiękową. Za zdjęcia odpowiedzialny jest bowiem Dariusz Wolski. Operator pracował wcześniej przy takich produkcjach, jak Prometeusz, Piraci z Karaibów czy Alicja w Krainie Czarów. Zdjęcia powierzchni Marsa – choć zapewne wygenerowane komputerowo – oraz wnętrza stacji kosmicznej robią wrażenie! Wartą uwagi muzykę stworzył zaś Harry Gregson-Williams. Główny temat na długo zapada w pamięć.

Film Marsjanin to świetne kino rozrywkowe, zrealizowane na wysokim poziomie artystycznym i technicznym. Reżyser nie próbuje nadać swojej historii wymiaru metaforycznego ani metafizycznego. To prosta opowieść o walce człowieka z przeciwnościami losu, które próbuje pokonać siłą rozumu i woli. Efekty specjalne pozwalają po raz kolejny wykazać się specjalistom od magii kina. Spora dawka humoru sprawia zaś, że dzieło Scotta ogląda się z prawdziwą przyjemnością.

Ocena: 8/10

_____________________________________

Facebook: Klub Filmowy Obraz i Dźwięk
Twitter: @klubfilmowy
Pinterest: Klub Filmowy Obraz i Dźwięk
____________________________________

Dodaj komentarz